Korzenie powołania misyjnego Jana Beyzyma SJ

Z Ludwikiem Grzebieniem SJ, historykiem Kościoła, rozmawia Józef Augustyn SJ
Życie Duchowe • ZIMA 77/2014
Dział • Rozmowy duchowe
Fot. Archiwum Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego w Krakowie

Ojciec Jan Beyzym wyjechał na misje na Madagaskarze w 1898 roku w wieku czterdziestu ośmiu lat. Dlaczego tak późno?

W prowincji galicyjskiej, do której należał ojciec Jan Beyzym, nie było w tym czasie tradycji misyjnej. Zresztą po kasacie zakonu jezuitów i rewolucji francuskiej aktywność Kościoła na polu misyjnym zamarła na kilka dziesięcioleci. Dopiero od połowy XIX wieku odradzały się misje katolickie. Zaczęto szczególnie penetrować nieznany dotąd kontynent afrykański i tam organizowano pierwsze misje. Z prowincji galicyjskiej na misje do Afryki jako pierwsi wyjechali koledzy ojca Beyzyma z czasów jego nowicjatu i studiów – w 1881 roku Emanuel Gabriel SJ, a w następnym roku Jan Hiller SJ, później również inni. To wtedy też powstało jezuickie pismo „Misje Katolickie”, które stało się najlepszym środkiem promocji misji katolickich.

Ojciec Jan Beyzym od dzieciństwa marzył o zwykłej pracy kapłańskiej, ale na rodzinnym Wołyniu i Podolu, będących pod panowaniem Rosji. Dobrze pamiętał imiona i nazwiska swoich katechetów: ks. Ignacego Kaszewskiego, który przygotowywał go do Pierwszej Komunii Świętej, i ks. Erazma Szatrzyckiego, katechetę z czasów gimnazjalnych w Kijowie. To ich chciał w swej pracy naśladować. Stało się to niemożliwe, gdy przybył do Galicji i został poddanym austriackim. Jednak jako kleryk w 1879 roku prosił bezskutecznie generała zakonu o zgodę na tajne misje wśród unitów na Podlasiu. Tak mijały lata, a ojciec Beyzym ciągle żył nadzieją zrealizowania swoich marzeń.

Praca wśród trędowatych na Madagaskarze była ostatnią szansą podjęcia pracy misyjnej wśród ludzi, do których nikt się chętnie nie wybierał, i tym samym wielką szansą na realizację swoich ideałów.

Decyzja posługi trędowatym człowieka blisko pięćdziesięcioletniego była bardzo radykalna. Czy na ten radykalizm miało wpływ wychowanie rodzinne ojca Beyzyma?

Pierwszy biograf ojca Beyzyma Marcin Czermiński SJ, który doskonale znał misjonarza, napisał we wstępie do żywotu swego bohatera, że ta radykalna decyzja była „poprzedzona długimi latami cichej, a nieznanej pracy w kółku rodzinnym, a następnie wśród nowej rodziny zakonnej. Te właśnie dawniejsze lata bez rozgłosu przebyte na ziemi ojczystej mogą stać się nie tylko godnymi podziwu, lecz także i naśladowania”. Sam ojciec Czermiński nie mógł o wszystkim, co wiedział, napisać, ponieważ żyło rodzeństwo ojca Jana i mógł wywołać skandal. Żaden zaś z późniejszych autorów i biografów nie podjął wysiłku, by poznać dokładniej owe dwadzieścia dwa lata dzieciństwa i młodości, a nawet dwadzieścia sześć lat pracy w zakonie. Autorzy rozwodząc się nad cnotami i bohaterstwem misjonarza, nie wskazali więc, skąd się wziął ten Boży „radykalizm” w całym jego życiu i działaniu.

A skąd, zdaniem Ojca, się wziął?

Radykalizm ojca Beyzyma nie był związany ściśle z wychowaniem rodzinnym, ale z konsekwencjami powstania styczniowego. Stanowiło ono najważniejszy i przełomowy moment w życiu ojca Beyzyma oraz w życiu całej jego rodziny. Jak dziś, tak i wtedy rodziły się spory, czy powstanie ma w ogóle sens, bo łączy się z represjami, rusyfikacją, utratą majątków, tragedią ludzi. Jan Beyzym senior przystąpił do powstania głównie pod wpływem swoich młodych i bojowych nauczycieli domowych. W konsekwencji na długie lata stracił dom i majątek i przyczynił się bezwolnie do rozbicia rodziny i utraty majątków.

Powstańcy, w tym Jan Beyzym senior, w oczach wielu stali się ludźmi „skompromitowanymi”. Ciążyło na nich piętno swoistej „zdrady”, bo narazili na straty polski stan posiadania na ziemiach zabranych. Napiętnowane były też niewinne dzieci powstańców. Ojciec Beyzym wspominał po latach: „Póki byłem w gimnazjum, krewni znać mnie nie chcieli, jako niby skompromitowanego przez to, że mój Ojciec należał do powstania 1863 roku, bali się nawet pisać do mnie albo żebym ja do kogo z nich napisał…”. Przebywał więc z rodzeństwem najczęściej na dworze stryja Władysława Górskiego, męża Zuzanny ze Stadnickich, a więc siostry matki Jana Beyzyma, historyka amatora, właściciela Śledzi na Podolu, bo ten wyjątkowo po powstaniu styczniowym opiekował się rodzinami powstańców i oferował Beyzymom swój pałac w Śledziach oraz mieszkanie w Kamieńcu Podolskim.

Janek miał wychowanie religijne, zarówno w domu rodzinnym pod okiem ukochanej matki, jak i w szkole pod okiem katechetów, jednak dopiero powstanie było dla niego najważniejszą lekcją życia, dzięki której stał się osobą osamotnioną i w postępowaniu bardzo radykalną, choć sprawiedliwą. Radykalizm widoczny był u ojca Beyzyma zaraz po powstaniu, kiedy jako gimnazjalista nie znosił mundurów szkolnych czy pańskich strojów. Stale nosił długie buty i kurtę, tak zwaną hunię, z grubego sukna lub kitel płócienny. Nie cierpiał też, gdy mówiono do niego „Panie” czy „Panie hrabio”. W swojej radykalnej wizji ubóstwa i prostoty był też krytyczny wobec samych jezuitów, którzy w latach osiemdziesiątych XIX wieku budowali olbrzymi konwikt chyrowski i kilka rezydencji.

Radykalizm i dążenie, by zrobić jeszcze coś więcej niż posługa trędowatym, legł także u podstaw starań o wyjazd na misje wśród katorżników na Sachalinie. W 1904 roku pisał do ojca Czermińskiego: „Od jakiegoś czasu, nie umiem Ojcu powiedzieć od jak dawna, tkwi we mnie ciągle Sachalin w myśli, mam go ustawicznie jakby przed oczyma”. I trzeba było wiele tłumaczeń i perswazji, by ten „radykalny” krok na razie odłożył.

Jaki związek z tym radykalizmem miała postawa rodziców ojca Beyzyma?

Ojciec Jana Beyzyma był potomkiem szlachty ruskiej o wielowiekowych tradycjach. To jednak ojciec „smutnej pamięci”. Tak mówiono o powstańcach. Postanowił on przyłączyć się do powstania, czego konsekwencją była zaoczna kara śmierci, przekazanie dworu i majątku Beyzymów w administrację rządową, pozostanie na stałej emigracji. Przyczynił się tym samym do trwałego rozbicia rodziny. Matka z dziećmi – jak wspomniałem – żyła na dworach krewnych na Podolu i Wołyniu, ojciec przebywał na emigracji w Dreźnie, a od 1871 roku w Galicji. Był człowiekiem w miarę zamożnym, zakupił w Galicji dwa niewielkie majątki, opłacał konwikty najmłodszych dzieci, pomagał, choć w sposób ograniczony, swojej rodzinie.

Trzynastoletni Janek rozumiał postawę ojca i to on, prócz matki, pozostał jako jedyny bliski swemu ojcu. Ojciec uważał go za najbliższą sobie osobę i traktował niemal jako „jedynego syna”. Poparł też w pełni jego powołanie, zasugerował mu zakon jezuitów i resztę życia chciał spędzić wyłącznie w bliskości syna Jana. Natomiast syn Jan, już jako jezuita, w swoim radykalizmie starał się stać z dala od całej rodziny, a nawet zachować dystans wobec poczynań swego ojca. Rodzina i świat stawały się dla niego coraz bardziej obce.

Z kolei matka ojca Jana Beyzyma Olga ze Stadnickich, córka zamożnej rodziny szlacheckiej, była pobożna i wykształcona. To wyjątkowy wzór matki troskliwej. Dzieci, ale także osoby postronne uważały ją za kobietę świętą. Wychowywała niemal bohatersko pięcioro dzieci, w tym dwoje w pierwszych latach życia, bez ojca, oddając im to, co najcenniejsze – serce. Choć sama pochodziła z rodziny bardzo zamożnej, straciła przez męża swoje majątki i przez piętnaście lat tułała się po dworach krewnych. Odwiedzała Janka kilkakrotnie jako kleryka w Starej Wsi, doczekała jego święceń kapłańskich w 1881 roku, ale na jego prymicjach być nie mogła. Dopóki żyła, gromadziła wokół siebie dzieci i łagodziła wszystkie rodzinne konflikty. Zmarła młodo w 1882 roku u swej siostrzenicy Mazarakowej z książąt Czetwertyńskich, w Rybczyńcach na Podolu. Została wkrótce zapomniana przez niemal wszystkich, prócz Janka, który do ostatnich chwil życia polecał Bogu dusze swoich rodziców.

Niestety część rodzeństwa ojca Jana wykorzystywała trudną sytuację rodzinną, by przeciwstawić świątobliwą matkę „złemu” ojcu. Syn Paweł napisał nawet: „Ta święta kobieta niemal całe życie cierpiała nędzę przez mego ojca, gdyż ojciec sprzedawszy mej matki majątek, pieniądze zabrał, a zostawił kawałek ziemi po uszy zadłużony, żonę zaś i dzieci na pastwę losu”.

Co wiemy o dzieciństwie i młodości Ojca Beyzyma?

O dzieciństwie Janka wiemy bardzo niewiele. Ojciec Jan bardzo rzadko mówił też o swojej młodości. Wspomniany ojciec Czermiński, pisząc pierwszą biografię misjonarza, mógł liczyć wyłącznie na relacje dalszych krewnych Janka. Rodzeństwo wbrew obietnicom nie przekazało mu żadnych informacji.

Wkrótce po narodzinach Janka rodzice przenieśli się z Beyzymów do swojego majątku w Onackowach. Tam Janek spędził lata młodzieńcze do trzynastego roku życia. W 1863 roku, czyli w chwili wybuchu powstania, Janek uczył się z braćmi pod kierunkiem młodych nauczycieli domowych Antoniego Michajłowa Chodakowskiego oraz Pawła Duvala, paryżanina. Po rocznej przerwie spowodowanej powstaniem dopiero w 1864 roku rozpoczął naukę w gimnazjum w Kijowie i ukończył ją w 1871 roku, mając już dwadzieścia jeden lat. W gimnazjum kijowskim panował po powstaniu wyjątkowy rygor, nauczanie, łącznie z religią, odbywało się po rosyjsku. Janek wspominał te czasy rzadko, przeważnie przy okazji budowy szpitala w Maranie, gdzie zastosował kilka rozwiązań zaobserwowanych w Kijowie.

Jakie były związki Ojca Beyzyma z rodzeństwem?

Janek był najstarszym synem państwa Beyzymów. Miał dwóch nieco młodszych od siebie braci – Kazimierza i Pawła, a po kilku latach, już przed samym powstaniem styczniowym urodziła się jeszcze siostra Zofia i brat Aleksander. Razem było ich więc pięcioro. Ze starszymi braćmi – jak mówiłem – uczył się w domu rodzinnym, a następnie w gimnazjum kijowskim, z matką i z młodszym rodzeństwem przebywał na Podolu tylko w czasie wakacji i świąt.

Po 1872 roku drogi rodzeństwa się rozeszły. Janek wstąpił do jezuitów w Starej Wsi, rodzeństwo długo jeszcze tułało się z matką po dworach krewnych, zanim około 1877 roku odzyskało Onackowce wraz z dworem, mocno zdewastowane, i układało sobie od nowa dworskie życie. Jan jako zakonnik realizujący dość radykalne ubóstwo oddalał się mentalnie od swego rodzeństwa, którego głównym celem było posiadanie majątków i powrót do zamożności sprzed powstania.

Napięcia między ojcem Janem a pozostałym rodzeństwem przypadły na okres jego starań o wyjazd na Madagaskar. 4 lutego 1898 roku w Chyrowie niespodziewanie zmarł Jan Beyzym senior. Jego dzieci, głównie syn Paweł, wystąpiły wtedy z roszczeniami do jego majątku, żądając zwrotu wszelkich darowizn i pożyczek poczynionych na rzecz jezuitów, a zatem żądano również ingerencji w tej sprawie ojca Jana. Ten jednak stał z dala od spraw majątkowych i naraził się tym całemu rodzeństwu. Ojcu Czermińskiemu napisał: „Moje wstawienie się pomogłoby tyle, ile umarłemu kadzidło”.

Brat Paweł wytoczył nawet proces jezuitom i pisał do jezuickiego adwokata: „Będą dzienniki publikować o tym procesie, te dzienniki będzie czytać każden, który czytał listy ks. Beyzyma w «Misjach Katolic-
kich». Jedno z drugim ładnie będzie iść w parze; będą ludzie wiedzieć, jak jezuici urządzili rodzinę tegoż ks. Beyzyma”. Główną postacią tych sporów był więc brat Paweł ożeniony z Marią Piotrowską, z którą miał czworo dzieci. Nie cieszył się najlepszą opinią. Według autora pamiętników Wacława Lasockiego, spowinowaconego z Piotrowskimi, „oboje nie cieszą się dobrym imieniem: on słynny jako matacz w interesach, ona znana z intryg i nie dość srogiej moralności”.

Kiedy jedna z sióstr zakonnych związana z rodziną Beyzymów
napisała do ojca Jana na Madagaskarze, że „rodzeństwo się trochę na niego boczy”, odpisał: „No i cóż stąd? Niech się boczy, kiedy chce, byleby się Pan Jezus nie boczył”. Z rodzeństwem ojciec Jan nie utrzymywał więc żadnych kontaktów. Do ojca Czermińskiego w 1907 roku napisał prosto: „Do braci ani do nikogo z rodzeństwa nie pisuję, bo szkoda czasu na to, dobrego nic nie zrobię, majaczyliby mnie o swoich stosunkach i interesach, o czym ja żadnego pojęcia nie mam, zatem nie zrozumiałbym ich, może by chcieli, żebym się mieszał do tych spraw, jak przed kilku laty, lepiej zatem, żeby mnie uważali za umarłego dla tej ziemi”.

Kiedy znajoma Beyzymów zwróciła się z prośbą do Pawła Beyzyma, „człowieka nie zamożnego, ale bogatego w całym znaczeniu tego słowa, w domu u niego luxus, odpisał, że się czuje obrażonym na Ojca za to, że będąc tak bliskim krewnym, sam nie udał się do niego z prośbą o pomoc, kiedy jest w takim niedostatku”. Ojciec Jan odpisał jej: „Ja wszędzie żebrzę w Imię Chrystusa Pana i dla Chrystusa Pana cierpiącego i szczycę się z tego, że mogę być żebrakiem dla Pana Jezusa, ale nie myślę znowu bez potrzeby czapką zamiatać przed bogaczami”. Jak na rodzonych braci, były to słowa bardzo mocne.

Swoje relacje z rodziną ojciec Jan podsumował krótko: „Wszystkich ich codziennie Bogu polecam, ale nic z nimi do czynienia mieć nie chcę i dziękuję Panu Bogu, że mogę się zajmować tym tylko, do czego mnie raczył powołać”.

Co wiemy o latach nowicjatu Ojca Beyzyma?

W nowicjacie największy wpływ na Jana Beyzyma miało dwóch jezuitów: ojciec Henryk Jackowski, rektor i późniejszy prowincjał, oraz ojciec Marian Morawski, socjusz magistra. Obaj byli ziemianami i obaj doskonale poznali mocne i słabe strony młodego Beyzyma. To ojciec Jackowski, znający dobrze problemy rodzinne Byzymów, był jego stałym orędownikiem. Dowiedziawszy się zaś po latach o śmierci ojca Morawskiego, ojciec Beyzym pisał, jak bardzo go cenił i kochał, żartując, że nie udało mu się jednak zrobić z „Beyzyma-Tatara poczciwego człowieka i dobrego zakonnika, draniem jestem, z którego nawet ojciec Marian nic zrobić nie potrafił”.

Czy Jan Beyzym był dobrym studentem?

Jan Beyzym jako kleryk był dobrym studentem, grzecznym, układnym, co nie znaczy, że był błyskotliwy czy zdolny. Był raczej bardzo przeciętny, a nawet słaby. Nie przeszedł ani pełnych studiów filozoficznych, ani też studiów teologicznych, przerywał je w połowie kursu z woli przełożonych, którzy widzieli w nim nie tyle zdolności teoretyczne, spekulatywne, ile raczej zalety w praktycznym działaniu. Ostatecznie zdał pozytywnie egzaminy z teologii praktycznej, moralnej, bo cechował go wyjątkowy rozsądek, roztropność, i został wyświęcony na kapłana, by jako koadiutor duchowny mógł pracować w duszpasterstwie lub przy wychowaniu (nie nauczaniu) młodzieży w jezuickich konwiktach.

Czy któryś ze współbraci mógł mieć wpływ na decyzję Ojca Beyzyma o wyjeździe na Madagaskar?

Nie było jezuity, który wpłynąłby decydująco na misyjne plany ojca Beyzyma. Zresztą – jak mówiłem na początku – nie było jeszcze wtedy w prowincji wyczulenia na prace misyjne na odległych kontynentach. Było natomiast kilku jezuitów, którzy po partnersku rozważali z ojcem Beyzymem możliwość pracy misyjnej, a którzy wcześniej lub później niż on wyjechali na misje afrykańskie. Tak było w czasie nowicjatu, studiów zakonnych i pracy w konwikcie.

Jednak znaczny wpływ miał młodszy od ojca Beyzyma, bo jeszcze kleryk, Apoloniusz Kraupa SJ, który razem z ojcem Janem snuł plany misyjne i razem z nim złożył prośbę o misję wśród trędowatych. Ojciec Kraupa mógł wyjechać na misje dopiero po latach, już po śmierci naszego misjonarza. Udał się na kontynent afrykański, do Rodezji Północnej, gdzie jako przełożony pracował bardzo owocnie i zmarł tam na zaraźliwą chorobę zwaną ciufą. Można więc stwierdzić, że to raczej ojciec Beyzym swoją postawą przyczynił się do krystalizacji powołania misyjnego wielu swoich kolegów, a później także swoich wychowanków, którzy bardzo owocnie pracowali najpierw w Mozambiku, a potem w Rodezji Północnej.

Ojciec był w miejscu urodzin Ojca Beyzyma na Ukrainie w Beyzymach Wielkich.

Znając historię Wołynia i Podola, niewiele mnie zdziwiło czy zaskoczyło. Chciałem zobaczyć Beyzymy i Onackowce, bo tam właśnie spędził młodość ojciec Jan. W Beyzymach w polu na miejscu dworu postawiono ostatnio pamiątkową kapliczkę z napisem w języku ukraińskim i polskim. Chciałem jako pierwszy z badaczy być także na miejscu śmierci matki ojca Jana w Rybczyńcach na Podolu i pokłonić się na jej grobie w pobliskim Ułanowie. Miałem okazję zobaczyć Porudno, wieś w pobliżu polskiej granicy, gdzie ojciec Janka przez dwadzieścia lat administrował majątkiem Steckich. W Porudnie bywała również matka Janka i jego rodzeństwo, stamtąd Janek wyruszył też do starowiejskiego nowicjatu.

Zwiedzając te wszystkie miejsca, przypomniały mi się słowa ojca Jana o przemijaniu tego, co materialne i ziemskie. Pisał kiedyś do ojca Czermińskiego: „Nie po to porzuciłem świat, żebym się miał interesami familijnymi zajmować – co się stanie z Drykłowem, tak mnie obchodzi jak to, co się stało z zeszłorocznym śniegiem. Jacy oni głupi wszyscy, to pojąć trudno… lepiej by to było, żeby w zgodzie wszystko zrobili, potem złożyli się i dali Ojcu pieniądze z prośbą, żeby Ojciec mnie posłał i kazał budować schronisko? Mieliby zasługę przed Panem Bogiem, a tak co? Zabiorą może ze sobą Drykłów na tamten świat, czy te ruble, o które się teraz kłócą? Durnie i basta. Jeśli Ojciec łaskaw, to proszę się za nich pomodlić, żeby ich Pan Bóg oświecił i przebaczył im, bo nie wiedzą, co robią”.

W sumie wrażenia z mojej wyprawy są raczej smętne. Na tle pięknego Wołynia i Podola pozostały puste pola po polskich dworach i pałacach, gdzie przyszło żyć naszemu bohaterowi i jego rodzinie. To może być wspaniały scenariusz do albumu o życiu i dziełach naszego misjonarza.

Dlaczego nic nie zachowało się po dworze Beyzymów?

Kiedy Beyzymowie, bracia ojca Jana, odbudowali swoje majątki, założyli rodziny i liczyli na stabilizację, nastąpił okres „Pożogi”. Pod takim tytułem Zofia Kossak-Szczucka, sąsiadka Beyzymów, wydała swoje wspomnienia dotyczące tego okresu i tego terenu. W 1917 roku wybuchła rewolucja październikowa, która zmiotła klasę ziemiańską, a kraj zamieniła w bolszewicką „Sowdepię”. Potem partyzantka ukraińska, dążąc do powstania własnego niezależnego państwa, niszczyła i paliła dwory polskich „panów”, nie szczędząc żadnych „obcych” pamiątek. W konsekwencji nastał na Wołyniu głód, upiór dawno nie widziany w tym starym spichrzu Europy. Dziś wśród wiejskich domów we wszystkich wspominanych wsiach pozostało puste, zaorane pole, gdzie stał dwór lub pałac. A świadomość miejscowej ludności o tym, co się stało, jest nikła, prawie zerowa.

Wspomniana Zofia Kossak-Szczucka pisze: „Kresy, bogate, stare, piękne słowo. Jest w nim obszar i przestrzenność, bezkres równin falujących, oddalenie od świata i wicher stepowy. Dla każdego z tamtej strony zawiera w sobie treść ojczystej ziemi, jej barwę, kształty i woń”. To wszystko pozostało tylko we wspomnieniach.

Beyzymowie, podobnie jak inne polskie rody ziemiańskie, w latach 1919-1922 ratowały się ucieczką do Polski. Pierwszy uciekł Paweł Beyzym, po nim uciekła z synami księżna Zofia Czetwertyńska, siostra Jana. Brat Aleksander zmarł z głodu na Wołyniu, bratanek zaś ojca Jana – Kazimierz zginął jako polski oficer koło Białej Cerkwi. Tak zakończyła się saga rodu Beyzymów, których liczni potomkowie żyją dziś w Polsce i na emigracji, ale noszą już inne nazwiska, pochodzą bowiem z linii żeńskiej Beyzymów, i na beatyfikacji Jana Beyzyma w imieniu rodziny prawdopodobnie nie było już nikogo.

Saga rodu Beyzymów przeminęła, ale nazwisko Beyzym zapisało się na trwałe w historii Kościoła i Polski. Trudne losy rodziny Beyzymów na skutek udziału w powstaniu styczniowym głowy rodu to tylko przykład ceny, jaką setki – tysiące polskich rodzin, ziemiańskich, mieszczańskich czy też chłopskich zapłaciło za zaangażowanie w walkę o wolność ojczyzny.