Rozmowa w redakcji

O życiu duchowym rozmawiają Józef Augustyn SJ, Jacek Bolewski SJ, ks. Krzysztof Grzywocz, Jakub Kołacz SJ, Krzysztof Mądel SJ i Cezary Sękalski
Życie Duchowe • ZIMA 29/2002
Dział • Rozmowy duchowe

Józef Augustyn SJ: - Dlaczego potrzebujemy życia duchowego? Czy istnieje jakieś naturalne, wrodzone zapotrzebowanie na życie duchowe?

 

ks. Krzysztof Grzywocz: - Życie duchowe jest wpisane w świat ludzkich potrzeb. Istnieją potrzeby fizyczne, psychiczne i duchowe. Życie duchowe należy do istoty człowieka - on nie nabywa go w trakcie rozwoju życia, ma je po prostu w sobie. Brak życia duchowego, podobnie jak fizycznego czy psychicznego, oznaczałby unicestwienie człowieka.

 

Cezary Sękalski: - Moim zdaniem choć życie duchowe jest wpisane w naturę ludzką, to jednak w jakimś sensie rodzi się w człowieku wraz z jego rozwojem osobowym. Przychodzi taki moment, w którym trzeba sobie postawić pytanie: Kim jestem? Po co żyję? Dokąd zmierzam? Jaki kształt ma mieć moje bycie?

Człowiek może na to pytanie próbować odpowiedzieć na poziomie naturalnym. Filozofowie, artyści to często ludzie, którzy chodzą drogami takiej "duchowości naturalnej". Przeżywają swoje życie jako rodzaj misji. W jakimś sensie czują się prowadzeni, nawet jeśli nie są ludźmi religijnymi. Jednak duchowość w sensie chrześcijańskim rozpoczyna się od głębszego doświadczenia spotkania z Bogiem. Całe wychowanie religijne jest tylko pomocą, aby to spotkanie mogło nastąpić. Kiedy się wydarza, już nie moje "ja" jest w centrum mojego życia, lecz Bóg. I tu zaczyna się chrześcijaństwo, człowiek uczy się pewnej wyższej logiki życia. I nawet jeśli na tej drodze kuleje, to jednak walka o wierność tej logice nadaje życiu inny wymiar.

 

Jakub Kołacz SJ: - Pytanie o życie duchowe to pytanie właśnie o «inny wymiar». Jeśli życie cielesne zapewnia człowiekowi bytowanie w dwóch wymiarach: czasu i przestrzeni, to życie duchowe dodaje do tego głębię. Bez życia duchowego wszystko byłoby takie bardzo skończone i zamknięte w ramach czasu i przestrzeni, a sens życia zamykałby się na osiągnięciu pewnych konkretnych celów, ale pozostawałaby dalej pustka, zabawa, żart. Bez życia duchowego nawet pisanie byłoby zwykłą zabawą ze słowem, niczym więcej.

 

J. Augustyn: - Czy wiek XXI, jak mówią niektórzy, będzie rzeczywiście czasem odrodzenia i pełniejszego rozwoju życia duchowego?

 

K. Grzywocz: - Jeśli człowiek nie dba o życie fizyczne albo psychiczne, wtedy głód na tych poziomach może zrodzić pragnienie większej troski o te wymiary życia. Podobnie jest z życiem duchowym. Gdy człowiek zapomina o nim, wtedy pojawia się głód, który może zrodzić pragnienie odrodzenia życia duchowego. Po okresach "duchowej suszy" pojawia się większe zainteresowaniem światem duchowym. W jakim kierunku to pójdzie w XXI wieku, trudno powiedzieć. Głód duchowy nie rodzi automatycznie jego zdrowego odrodzenia i pełniejszego rozwoju.

 

Krzysztof Mądel SJ: - Życiu duchowemu potrzeba wolności. Kultura musi wyrwać się z objęć prymitywnego schematu, w myśl którego warto mieć życie duchowe, bo jest ono dobre, zdrowe i pożyteczne. Taki motyw nigdy nie wystarczy, a niestety, dominuje on w naszej kulturze. Tymczasem autentyczne życie duchowe potrzebuje wielkiej, codziennej pracy. Taką pracę można podjąć tylko w imię Kogoś - nie dla siebie, nie dla zdrowia, nie dla dobrego samopoczucia, ale dla Kogoś, kogo się kocha. Ten Ktoś jest stokroć ważniejszy niż praca, którą podejmuję. Tylko ten Ktoś się liczy. Praktyki duchowe są zwykłą konsekwencją tego faktu, nigdy zaś celem samym w sobie. Jeśli nasza kultura tego nie pojmie to w nadchodzącym wieku, tak jak w poprzednim, będzie kręcić się wokół własnej osi. Rozminie się z wszystkim, co ważne.

Życie duchowe to wolność. Dzięki życiu duchowemu możemy spoglądać na historię sponad niej samej. Chowam się u Pana Boga za piecem i dopiero stamtąd widzę, jak żałosne są moje egoizmy, jak niepotrzebnie męczyłem się z czymś, co tak naprawdę jest dobre i proste. Życie duchowe to wolność. Człowiek nigdzie nie znajdzie tyle przestrzeni, co u Boga za przysłowiowym piecem. Żeby jednak tam trafić, trzeba twardo stąpać po ziemi. Auschwitz, Kołyma, Kambodża. Dziś wiemy, że wszystkie projekty człowieczeństwa pozbawione życia duchowego skończyły się tragedią. Ale czy same przestrogi wystarczą?

 

C. Sękalski: - W Polsce od czasu odzyskania wolności mamy do czynienia z gwałtownymi przemianami społecznymi. Socjologowie mówią, że następuje u nas przemiana z biernego "społeczeństwa losu" w "społeczeństwo wyboru". Wcześniej ludzie szli utartymi koleinami, było biednie, ale sytuacja życiowa, o ile człowiek za bardzo się nie wychylał, była na ogół stabilna. To przekładało się również na sytuację religijną: dziadek był katolikiem, więc ojciec i syn także szli tą drogą. Dziś w wielu rodzinach żywa wiara nie jest już przekazywana, a na targowisku idei religia ze swoimi niezmiennymi zasadami wcale nie reklamuje się najgłośniej. Stąd każdy człowiek musi sam dokonać wyboru, czy chce być chrześcijaninem.

Dla mnie jaskółką zwiastującą wiosnę życia duchowego jest rozwój katolickich ruchów religijnych. Charakterystyczne jest to, że wszystkie one czy to Neokatechumenat, czy Odnowa w Duchu Świętym czy inne, jakby na nowo wprowadzają ludzi w inicjację chrześcijańską. Wiosna duchowości objawia się w ten sposób, że wielu ludzi po prostu decyduje się na chrześcijaństwo. Ruchy wychodzą naprzeciw temu pragnieniu z konkretną propozycją formacji.

 

J. Augustyn: - Czy w literaturze dostrzega się jakiś zwrot w kierunku życia duchowego?

 

Jacek Bolewski SJ: - Jako "amator" literatury, czyli jej miłośnik, przyznaję, że regularnie śledzę nowości - głównie na podstawie recenzji w prasie. Ta lektura często mi wystarcza... Spośród najnowszych autorów, którzy zwracają się "w kierunku życia duchowego", mógłbym wskazać imiennie: Olgę Tokarczuk, zwłaszcza jej "Dom dzienny, dom nocny", czy niezwykle popularnego Paulo Coelho, na czele z "Alchemikiem". Ale nie czułem potrzeby, żeby te powieści czytać. Uczyniłem wyjątek dla jednej książki Coelho: "Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam", o tyle niezwykłej, że poświęconej tajemnicy... Niepokalanego Poczęcia. Długo musiałbym wyjaśniać, dlaczego książka zrobiła na mnie wrażenie mętnej... Czasami zdarzają mi się dobre niespodzianki - np. w ostatnich latach był to zbiór opowiadań "Dochodzenie" Antoniego Matuszkiewicza. Jednak najbardziej inspirujące od strony życia duchowego są dla mnie dzieła klasyków, także tych współczesnych, jak choćby Miłosza. Jego "To" jest ucztą - nie "tylko" duchową!

 

J. Kołacz: - W literaturze współczesnej, jak w poprzednich latach, zauważalne są dwie tendencje. Pierwsza polega na tym, że autor zajmuje się opisywaniem rzeczywistości tak, jak on sam ją odbiera. Opisywaniem i niczym więcej. Wówczas rodzi się subiektywna fikcja i ona sama jest komentarzem do tego, co stanowi podmiot. Często jednak pisarze opisują to, co jest chwytliwe, co czytelnik chętnie przeczyta.

Druga tendencja to poszukiwanie życia duchowego, tylko że najczęściej po omacku. Tutaj dobrym przykładem jest literatura New Age: "kulturowy koktajl".

Jeśli natomiast pytamy o to, czy XXI wiek będzie czasem odrodzenia duchowego, warto wpierw postawić pytanie, czy wiek XX był zatem czasem upadku? Jestem przeciwny takiemu stawianiu sprawy, bo w literaturze wszystkich epok widoczny jest konflikt pokoleń. Starsi zawsze mówią o tym, że dawniej było pięknie, a teraz jest źle. Bp Krasicki np. w "Panu Podstolim" ustami tytułowego bohatera lamentuje, że dawniej post służył wzrostowi człowieka, a teraz mu szkodzi. Jestem absolutnie przeciwny poglądom, że stare pokolenie musi umrzeć po to, aby nowe mogło zbudować coś wartościowego. Każde pokolenie niesie ze sobą pewne wartości i pewne błędy. Dlatego wydaje mi się, że wszystko, co w dzisiejszej literaturze jest obecne, czy jest to tylko opis rzeczywistości, czy też mniej lub bardziej trafne z punktu widzenia chrześcijańskiego sięganie w głąb, jest pewnym symptomem odrodzenia się wewnętrznego i poszukiwania szeroko pojętego sensu życia. Ten sens gdzieś tam jest ukryty. Problemem jest nie to, że ludzie nie wierzą w ten sens, tylko, że nie wiedzą, jak do niego dotrzeć.

 

J. Augustyn: - Czym charakteryzuje się chrześcijańskie życie duchowe? Jak prowadzić dialog z religiami niechrześcijańskimi?

 

J. Bolewski: - Rozumiem oba pytania łącznie, to znaczy: prezentując życie duchowe od strony chrześcijańskiej muszę być świadom aktualnego zainteresowania religiami Wschodu. Na pewno nie chodzi na pierwszym miejscu o polemikę z tymi religiami, choćby w taki sposób, że "dowodzę", jakoby w nich nie można było znaleźć tego, co daje chrześcijaństwo - po prostu należałoby znać te religie bardzo dobrze, od wewnątrz, aby można było pozwolić sobie na taką ocenę. Trzeba raczej pozytywnie przedstawiać i własnym życiem poświadczać wartości chrześcijańskiej duchowości. Kluczowa jest oczywiście osoba Jezusa Chrystusa i bliska relacja z Nim, ożywiana modlitwą i sakramentami. Jego tajemnica - Wcielenie - rzuca szczególne światło na życie "duchowe": z jednej strony domaga się realizacji duchowości w cielesności, w codzienności życia, z drugiej strony przypomina o znaczeniu Ducha Świętego, którego działanie przedłuża i dopełnia Wcielenie - nie tylko w Chrystusowym Ciele Mistycznym, które stanowi Kościół, ale także poza jego granicami, w świecie, w innych ludziach, w których mamy dostrzec obecnie żyjącego Chrystusa - głodnego, więzionego, chorego, cierpiącego - zgodnie z Jego przypowieścią o Sądzie (Mt 25).

 

K. Grzywocz.: - W wielkich religiach człowiek szuka dzisiaj autentycznego, ostatecznego pokarmu duchowego. W chrześcijaństwie natomiast pokarm sam przychodzi do człowieka, dotyka go i mówi: "Ja jestem chlebem, kto spożywa Moje Ciało i pije Moją Krew ma życie wieczne" (Por. J 6, 51). Jest w tym zdaniu Chrystusa żądanie wyłączność, która może nadać dialogowi z religiami niechrześcijańskimi niepowtarzalny blask i uchronić przed uczynieniem z chrześcijaństwa jedynie jednego ze stoisk z pokarmem duchowym.

 

C. Sękalski: - W dzisiejszej kulturze łatwo pomylić głody duchowe z autentyczną duchowością. To, że ktoś ma twórczy niepokój i szuka odpowiedzi na egzystencjalne pytania jest dopiero wstępem do życia duchowego. Sytuacja, w której ludzie obnoszą się ze swoimi głodami, ale w żaden sposób nie chcą zdecydować o tym, w jaki sposób ten głód będą zaspokajać, wcale nie sprzyja życiu duchowemu. Można wtedy wyjadać po trochu z różnych stoisk, uszczknąć trochę tu, trochę tam i wcale nie zaspokoić głodu. Chrześcijaństwo wymaga decyzji.

Kiedyś przeprowadzałem wywiad z Hansem Waldenfelsem SJ, wykładowcą teologii fundamentalnej i znawcą religii niechrześcijańskich. Zapytałem go, jakie są granice dialogu międzyreligijnego i czerpania z różnych niechrześcijańskich tradycji, a on odpowiedział, że granica, której chrześcijanin nie może przekroczyć tkwi w wyznaniu, że Panem jest Jezus Chrystus. Takie wyznanie wymaga jednoznacznej, wewnętrznej deklaracji. Od tego wyznania nie można uciec. Ale ono kosztuje, zwłaszcza we współczesnej kulturze jest ona bardzo niewygodna. M.in. odzew w mediach na deklarację Dominus Jesus, był tego przejawem.

 

J. Kołacz: - Chciałbym dopowiedzieć coś w kontekście tego, co mówiliśmy o podglądaniu innych religii. Chrześcijaństwo postrzegam jako coś, czego podglądać się nie da, lecz co koniecznie trzeba przeżywać. Oferuje ono bowiem całościową wizję: od stworzenia po zmartwychwstanie, a właściwie i dalej. I z tego nie da się wybierać tylko jakichś fragmentów, bo nie da się odmówić jakiejś sferze życia prawa do zbawienia i do interwencji Boga. To jest dla mnie najważniejsze w chrześcijaństwie.

 

K. Mądel: - Możemy tutaj chwalić chrześcijaństwo na wszystkie sposoby, jednak problem wyboru pozostaje. Otóż wielu ludzi nie wybierze chrześcijaństwa albo wybierze je tylko połowicznie, bo przeszkodzi im coś, czego jeszcze niedawno nie znaliśmy, a mianowicie brak kultury. Kultura jest czymś absolutnie koniecznym do zbawienia. Chrześcijaństwo nie zawsze, bo przecież są ludzie, którzy nie znają chrześcijaństwa. Jeśli zabraknie kultury, to każda religijność okaże się zbyt trudna. Chrześcijaństwo jest uniwersalne. Potrafi zadomowić się w każdej kulturze, dowodząc tym samym, że kultura jest niesłychanie ważna. Jest nieodzownym ciastem, bez którego zaczyn nie mógłby działać. Inne religie, nawet te filozoficzne, są tak silnie powiązane z własną kulturą, że ją po prostu lekceważą. Tak wiele biorą z kultury, w której powstały, że potem bez niej nie potrafią funkcjonować. Chrześcijaństwo jest inne. Jednak i ono nie przeżyje utraty kultury. W takich warunkach może się rozwijać tylko New Age, kierunek stanowiący swoisty zlepek kulturowy pozbawiony rzeczywistego wymiaru religijnego.

Niedawno kardynał Ratzinger przypomniał nam o wyłączności i jedyności zbawienia w Jezusie Chrystusie. Deklaracja Dominus Jesus była dość powszechnie krytykowana, niestety, nikt nie skorzystał z okazji, żeby zastanowić się, co to w ogóle znaczy "zbawić". Otóż jeśli teologia mówi, że nie można się zbawić bez Chrystusa, to znaczy nie tylko tyle, że tam, gdzie nie ma Chrystusa, nie ma zbawienia, ale znaczy również, że Chrystus jest i może być tam, gdzie nam wydaje się, że go nie ma. Chrystus jest sobą także wtedy, kiedy ktoś go nie rozpoznaje. Przypomnijmy sobie przypadek uczniów idących do Emaus. Oczywiście, my w ten sposób nie zrównujemy innych religii z chrześcijaństwem, ale mówimy coś ważnego, a mianowicie, że jeśli jest gdzieś autentyczne dobro zbawcze, to jest ono nie tylko "podobne" do Chrystusa, ale jest wprost z Chrystusem identyczne. Gdziekolwiek jest autentyczna świętość, jest ona równie trudna, jak świętość Chrystusowa, dlatego nie musimy jej o nic podejrzewać. Tylko Chrystus ma prawo ją osądzić. My natomiast zajmijmy się "duszami letnimi", bo tych jest najwięcej w każdej religii, nie wyłączając agnostycyzmu.

 

J. Augustyn: - Życie duchowe potrzebuje modlitwy. Proponuję, aby każdy z nas podzielił się z Czytelnikami jakąś okruszyną swojego życia modlitwy. Zacznę może od siebie. W ostatnich latach eksperymentowałem z różnymi metodami modlitwy. W końcu doszedłem do wniosku, że wszystkie metody są względne i są zewnętrzne wobec samej istoty: tj. więzi z Bogiem. Kiedy nasze pragnienia duchowe nie są dość głębokie i kiedy brakuje nam determinacji duchowej, wówczas pogłębienie modlitwy dokonuje się nieraz w momentach kryzysu, cierpienia, zagrożenia. To zagrożenie decyduje niekiedy o głębi modlitwy. Poszukiwania metody są tylko pewnym przygotowaniem do modlitwy. Sama modlitwa zaś rodzi się w radykalnej decyzji powierzenia swego życia Bogu. Trudne ludzkie sytuacje bardzo pomagają nam nieraz do podjęcia takiej decyzji. Soren Kirkegaard stwierdza, że chrześcijaństwo wymaga, aby człowiek "nauczył się być należycie upokorzonym i polegał na łasce". Te słowa brzmią bardzo prawdziwe. W każdej formie upokorzenia człowiek dotyka granicy swojego istnienia i to pozwala mu otworzyć się na łaskę. Zgoda na własną niemoc i zaufanie łasce Boga staje się wtedy miejscem, w którym rozkwita nasza modlitwa.

 

J. Bolewski: - "Okruszyna" może zawierać wszystko, jak okruch eucharystycznego Chleba - Ciała Chrystusa! Tego rodzaju "całością w cząstce" jest w mojej modlitwie imię JEZUS. Nie robię tajemnicy, także w moim pisaniu, z tego, że właśnie powtarzanie Imienia stanowi moją podstawową, najczęstszą modlitwę. Fundamentem jest modlitwa poranna, skupiona na Imieniu; w ciągu dnia dołącza do tego prosta forma różańca. Moim świadectwem o modlitwie osobistej podzieliłem się najpełniej w ostatnio wydanej książce: Zająć się Ogniem (WAM, Kraków 2001). To zajęcie czy "zajmowanie" ciągle się rozwija... Np. kiedy dotarło do mnie niedawno, że Maryja, z którą w modlitwie Imienia się jednoczę, wymawiała je pewnie inaczej - po hebrajsku: Jeszua - ja również otworzyłem się na tę postać. Nie szukam w modlitwie niczego, nikogo więcej, skoro potrzeba tylko Jednego (Łk 10, 42). Reszta - przychodzi przez Niego, z Nim i w Nim...

 

K. Mądel: - W życiu religijnym najbardziej podoba mi się to, co nie jest wprost samą modlitwą, ale jakimś odczuwaniem Bożej pomocy. Ilekroć żyję w przekonaniu, że niczego ważnego nie zaniedbuję, tylekroć towarzyszy mi odczucie, że Pan Bóg pomaga mi bardziej niż bym się spodziewał. To jest trochę tak jak z daimonionem u Greków. Autor pisze wiersz. Stara się, męczy, szuka słów, rytmu. W końcu czuje, że już ma dosyć. Czasem jest zadowolony ze swojej pracy, czasem nie. Ale jeśli starał się rzetelnie, to potem okazuje się, że jego wiersz niesie w sobie sensy, światy, których on sam nawet nie przeczuwał. Mnie często towarzyszy takie uczucie. Wiem, że moim życiem może posłużyć się zły duch, ale częściej doświadczam tego, że to Bóg mi je ułatwia. Ilekroć staram się pilnować Jego spraw, tylekroć On przejmuje inicjatywę. To są miłe zdarzenia. Ot, "przypadkowo" spotykam kogoś, kto akurat był potrzebny. Gdybym sam to planował, to zamęczyłbym się na śmierć. A tak wiem, że jest ktoś, kto pomaga najbardziej wtedy, kiedy nawet nie ma czasu, żeby Go poprosić.

W przestrzeni ducha nic nie dzieje się automatycznie, ale zawsze dzieje się osobowo. Ktoś z kimś ma sprawę. Na co dzień trzeba się przy tym natrudzić. W "Zdrowaś Mario" czy w "Ojcze nasz" muszę zainwestować całego siebie. To kosztuje, ale inaczej nie warto.

 

K. Grzywocz: - Jawi mi się jedność modlitwy i życia, nie widzę tego jako dwóch osobnych rzeczywistości. Życie, w najgłębszej swojej warstwie, jest modlitwą. Dlatego dla mnie związek pomiędzy modlitwą a życiem nie jest tylko specyficznie rozumianym związkiem moralnym, że ja się powinienem modlić. Ja się modlę - aby żyć, jaka jest moja modlitwa - taki jest też poziom mojego życia. Doświadczam, że ta więź jest ontologiczna, że nie jestem w stanie owocnie pracować bez modlitwy - mogę nawet całą noc łowić ryby i niczego nie złowić.

 

J. Kołacz: - Ja jestem przekonany, że Pan Bóg jest zawsze blisko mnie, ale najbardziej cenię sobie te chwile w moim życiu, gdy świat na moment się zatrzymuje, kiedy robi się cicho. Tak było wtedy, kiedy Pan Jezus narodził się w Betlejem, zanim przyszli aniołowie i zaczęli śpiewać, zanim przyszli pasterze. Tak było wtedy, kiedy Pan Jezus umarł na krzyżu, a skały jeszcze nie zaczęły pękać. Wtedy właśnie nastąpił moment ciszy. Tak samo było wtedy, kiedy Magdalena płacząc usłyszała słowa: "Mario", i zanim odpowiedziała: "Nauczycielu". Wtedy następowały te chwile ciszy, w której wszyscy obecni byli bardzo blisko Boga, kiedy świat na moment się zatrzymywał.

Podobnie jest ze mną. Wiem, że Pan Bóg jest blisko mnie, ale bardzo sobie cenię te chwile, kiedy można przez moment usiąść przed krzyżem albo po prostu w drugim człowieku poczuć tętno Boga. Wtedy właśnie świat się na chwilę zatrzymuje.

 

C. Sękalski: - Moja modlitwa od jakiegoś czasu uległa wielkiemu uproszczeniu. Bliska mi jest definicja Ojców Kościoła, która ukazuje modlitwę jako wzniesienie umysłu do Boga. Takie nawet krótkie chwile zatrzymania, koncentracji na doświadczeniu Jego bliskości w całym zgiełku świata jest dla mnie bardzo ważne. Z tym łączy się praktyka modlitwy różańcowej, gdy dokądś idę czy też jadę tramwajem. Modlitwa ta jest obecna w chrześcijaństwie od niepamiętnych czasów, ale w znacznym stopniu zreformował ją święty Dominik. Okazała się doskonałą praktyką modlitwy w drodze dla wędrownych kaznodziejów dominikańskich, którzy przemierzali gościńce od miasta do miasta głosząc Ewangelię. W drodze trudno odmawiać modlitwy chórowe, a w tajemnicach różańca każdy jakoś może się "przejrzeć". Bezgłośne przesuwanie w palcach koralików, staje się dla mnie sposobem przeżywania bliskości z Bogiem w modlitwie prostoty.

 

J. Augustyn: - Zadaniem kwartalnika "Życie Duchowe" jest ofiarowanie dobrego pokarmu ludziom, którzy poszukują życia duchowego. Na czym miałaby polegać realizacja tego zadania?

 

K. Mądel: - Mówienie komukolwiek o Panu Bogu jest najpierw pomocą dla samego mówiącego. Na co dzień nie jestem duszpasterzem, ale nauczycielem. Brak mi także częstszych okazji do wymiany, rozmowy o życiu duchowym, toteż jakiekolwiek mówienie, czytanie i pisanie o Panu Bogu jest dla mnie wielką pomocą. Kto wie, być może pomaga to również innym. Jestem tego bardzo ciekaw.

 

K. Grzywocz: - Pismo powinno ofiarować dobry pokarm dla życia duchowego i uczyć odróżniania dobrego pokarmu od złego. Nie chodzi tu tylko o teoretyczne rozważania z dziedziny życia duchowego, ale o wprowadzenie w przestrzeń duchową - w doświadczenie życia duchowego. Istnieją słowa o życiu duchowym i słowa życia duchowego. Aby to mogło zaistnieć konieczne jest stworzenie wokół pisma wspólnoty, communio. Bez Kościoła, bez doświadczenia wspólnoty, nie rozwinie się autentyczne życie duchowe - świętość człowieka.

 

J. Bolewski: - Każdy powinien dzielić się tym pokarmem, którym sam się karmi - nie dlatego, że nie ma innego, ale ponieważ go znalazł i wybrał, uznając za najlepszy (przypomnę słowa św. Augustyna: "Inde pasco, unde pascor", które ks. M. Starowieyski w swej antologii sparafrazował: "Karmię was tym, czym sam się żywię"). Co do mnie, przyznaję, że nie karmię się książkami czy artykułami "z duchowości", ale karmię się modlitwą, w spoczynku czy wędrując po górach i lasach... a jeśli już lekturami, to - poza Pismem Świętym i pracami z teologii - literaturą zwaną piękną. Jako "dobry pokarm" oferować mogę więc to, co mnie samego fascynuje: pomaga w modlitwie, "dodaje ducha", pozwala się regenerować, odradzać. A jakiego pokarmu oczekują czytelnicy? Im większa będzie różnorodność autorów - o różnych duchowych fascynacjach - tym więcej odnajdą dla siebie także czytający "Życie Duchowe"!

 

J. Augustyn: - Jesteśmy zebrani w odnowionym składzie redakcji pisma "Życie duchowe", które z jednej strony będzie kontynuować to, co pismo wypracowało od 1994 roku, z drugiej będzie poszukiwać nowej formy i nowych treści. Przedstawimy się pokrótce naszym dotychczasowym i - mamy nadzieję - także nowym Czytelnikom.

 

K. Grzywocz: - Od dwunastu lat pracuję jako kapłan w diecezji opolskiej, a od sześciu jestem ojcem duchownym w Wyższym Seminarium Duchownym w Opolu. Studiowałem teologię duchowości na KUL-u. Prowadzę zajęcia z teologii duchowości na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Opolskiego. Pasją mojego życia jest towarzyszenie duchowe kandydatom do kapłaństwa. Cenne jest to, że mogę czerpać doświadczenie z wielu źródeł. Z jednej strony ponieważ mieszkam w seminarium, patrzę na Kościół z perspektywy formacji przyszłych kapłanów, a z drugiej - wykłady na Wydziale Teologicznym sprawiają, że wsłuchuję się w doświadczenia i potrzeby ludzi świeckich. Myślę, że praca w zespole redakcji "Życia Duchowego" będzie dla mnie nową możliwością doświadczenia życia Kościoła.

 

J. Bolewski: - Mimo wieloletniego stażu - jestem jezuitą od 31 lat, a kapłanem już 23 lata - ciągle uważam się za człowieka początkującego... Z jednej strony posuwam się drogą akademicką w teologii dogmatycznej: najwięcej publikacji poświęciłem dotąd mariologii (Niepokalane Poczęcie), zmierzam jednak ku protologii (początek i stworzenie!) oraz eschatologii (koniec jako nowy początek!). Z drugiej strony trwam i daję się nieść w nurcie życia duchowego - jako kierownik duchowy, rekolekcjonista, jednak ograniczając się "na razie" do jezuitów... Najwięcej czasu poświęcam na pisanie... Bardzo sobie ceniłem dotychczasową współpracę z "Życiem Duchowym": wiele mi dawała życzliwość i wspaniałomyślność o. Staszka Obirka SJ oraz inspiracje ze strony pani Marii Wolańczyk. Wdzięczny za to doświadczenie, widzę w nim znowu dobry początek - i dlatego cieszę się na dalszą współpracę z "Życiem Duchowym".

 

J. Kołacz: - Od trzynastu lat jestem jezuitą. Od dwóch lat jestem księdzem i to bycie księdzem tworzy atmosferę wszystkiego, co robię. Wcześniej byłem w nowicjacie, studiowałem filozofię, przez dwa lata pracowałem w szkole katolickiej w Irlandii. Wtedy też bawiłem się w korespondencję zagraniczną dla Radia Watykańskiego, później, studiując w Rzymie, uczyłem się warsztatu w "L`Osservatore Romano", z miesięcznikiem tym współpracuję do dziś. Od trzech lat mieszkam w Krakowie i studiuję polonistykę: z wyboru i dla przyjemności.

 

K. Mądel: - Z wykształcenia jestem filozofem i teologiem moralistą. Wykładam etykę społeczną w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej "Ignatianum" w Krakowie, ale ciągle jeszcze pracuję nad doktoratem z filozofii. Nauki społeczne to mój pierwszy żywioł. Z "Życiem Duchowym" jestem związany od paru lat, ale publikuję też trochę na innych łamach. Działam w Centrum im. Mirosława Dzielskiego, gdzie spotykam ludzi zaangażowanych w sprawy społeczne Kraju.

 

C. Sękalski.: - Przełamuję "monopol" osób duchownych w tej redakcji. Jestem człowiekiem świeckim, od niedawna żonatym. Skończyłem studia na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie oraz na Prymasowskim Instytucie Życia Wewnętrznego w Warszawie. Obecnie kontynuuję studia doktoranckie.

Od lat odczytuję swoje powołanie jako dzielenie się fascynacjami duchowymi. Dobra Nowina ma taki właśnie charakter, że im głębiej człowiek ją rozumie i przyjmuje, tym bardziej chce się nią dzielić. Jest to dla mnie wielki przywilej, że w ten sposób mogę pracować zawodowo Przez ponad cztery lata pracowałem w redakcji miesięcznika "List" a od niedawna pracuję tutaj. Moje korzenie duchowe były związane z Odnową Charyzmatyczną, a później z duchowością ignacjańską.

 

J. Augustyn: - Przez ostatnie siedemnaście lat pracowałem w dwóch domach rekolekcyjnych zajmując się przede wszystkim animacją Ćwiczeń duchowych. Były to bardzo pracowite i twórcze lata, za które jestem Panu Bogu bardzo wdzięczny. Ostatnio zmieniłem miejsce zamieszkania i sam charakter zaangażowania apostolskiego. Wspólne redagowanie w Wami "Życia Duchowego" odbieram jako wielki dar i wyzwanie: wyzwanie dla mojego osobistego życia duchowego i dla zaangażowania apostolskiego. Mam świadomość, że redagowanie pisma dzisiaj - bardziej niż w przeszłości - wymaga pracy zespołowej. Czasy redagowania pisma przez jednego redaktora należą do przeszłości. Chętne, hojne i ofiarne zaangażowanie redakcyjnego zespołu "Życia Duchowego" odbieram jako znak od Pana Boga, że On potrzebuje naszej wspólnej pracy.