Siostra ulicy

Z Anną Bałchan SMI ze Stowarzyszenia Po MOC dla Kobiet i Dzieci rozmawia Jacek Siepsiak SJ
Życie Duchowe • JESIEŃ 88/2016
Dział • Temat numeru
Fot. Piotr Szalanski

Wokół uczynku miłosierdzia: Nagich przyodziać

Kiedy człowiek jest nagi?

Gdy zostaje odarty ze wszystkiego, co dla niego najważniejsze: z poczucia godności, z poczucia własnej wartości, z poczucia, że się jest dobrym człowiekiem, z dobrego imienia… To podstawa, która daje siłę do życia.

W swojej pracy spotyka Siostra przede wszystkim ludzi „odartych”…

Ktoś mógłby powiedzieć, że to ludzie przegrani. Z mojego punktu widzenia to ludzie, którzy dostali nowe życie. Taka właśnie jest nasza misja. Nie chodzi nam przede wszystkim o to, by ktoś żyjący na ulicy zszedł z niej, a ktoś, kto nie chodzi do szkoły, nagle skończył Cambridge. To z różnych powodów bywa nieraz niemożliwe. Każdy może zrobić tylko tyle, na ile pozwala mu jego historia, na ile jest gotowy. Wiele jest takich sytuacji, w których mimo naszych wysiłków nie widzimy oczekiwanych efektów. Tylko że jeśli ma się ciśnienie „na efekty”, to lepiej przemalować pokój albo zacząć piec ciasta. Zrobimy to i będziemy mieli. Inaczej jest, jeśli chodzi o człowieka, o to, co dzieje się w jego sercu.

Na czym konkretnie polega misja Stowarzyszenia Po MOC?

Pomagamy kobietom i ich dzieciom w trudnej sytuacji życiowej. Naszymi podopiecznymi są przede wszystkim ofiary przemocy domowej, handlu ludźmi, przymusowej prostytucji i wykorzystywania seksualnego, a także osoby zagrożone współczesnymi formami wykorzystania. Staramy się im towarzyszyć w kryzysie i przygotować merytorycznie, ale i duchowo, na ile tylko się da, by mogli z niego wyjść.

Nie macie „ciśnienia na efekty”?

Pewnie, że chcielibyśmy, by każdemu się udało, ale w życiu różnie bywa. To Bóg daje czas i miejsce na dokonywanie wyborów czy podejmowanie decyzji o zmianie. My natomiast poprzez nasze działania chcemy, by ludzie przede wszystkim doświadczyli Boga i Jego miłości. Chcemy, by zrozumieli, że każdy został przez Niego wybrany, że Bóg się nim nie znudził i że Jego miłosierdzie jest ogromne. To miłość dana za darmochę, bez zasługiwania, mimo błędów, lenistwa, najciemniejszej strony człowieka. Cokolwiek by się nam przydarzyło, cokolwiek byśmy zrobili, zawsze mamy szansę.

Jeśli chodzi o efekty, to może nie ma fajerwerków, ale podejmowany wysiłek przynosi owoce. Bóg działa. Widzę to na co dzień. To małe kroki stawiane każdego dnia. Ważne, by umieć się nimi cieszyć i pozostać wiernym, wytrwać do końca, bo to przecież Jego dzieci i Jego dzieło. A jeśli tak, to trzeba się przygotować na walkę, i to duchową. Umówmy się, kiedy chcemy, by ludzie zmieniali swoje życie na lepsze, dotarli do Boga, odnajdywali siebie, panowali nad swoim życiem, stawali się wolni, to diabłu się to nie podoba i robi wszystko, by nas atakować.

Większość naszych podopiecznych ma przerąbane w przedbiegach. Nie wiem, jak to ładniej ująć. Porzuceni przez rodziców, wyzywani od gnojów, wplątani w kradzieże, w różnego typu przestępstwa. Wszystko to obciąża ich sumienia i krzyczy: „Jesteś niczym!”. Włącza się też myślenie typu: „No tak, porzucili mnie, jestem nieważna, muszę sobie radzić sama”. Jak ma sobie poradzić czternastolatka czy piętnastolatka? Jak sobie poradzi z chlejącymi rodzicami? Co ona może zrobić?

Szybko pojawiają się ludzie, którzy bardzo chętnie podchwycą ich biedę i zaproponują „wolność”: narkotyki, seks… Czy to chłopcom, czy dziewczynom, bo to dotyczy obu płci i różnych sposobów wykorzystania. Młodzi ludzie lgną do bandziorów, bo oni dają im iluzję ochrony. Pakują się więc w dziwne układy, które sprawiają, że ich serca i umysły stają się zatwardziałe. Ofiary zaczynają krzywdzić. Wiele kobiet mówiło mi na przykład: „Nie myślałam o tym, że ktoś cierpi, bo wyrwałam jej torebkę, zerwałam łańcuszek z szyi czy wyrywam kolczyk z ucha. Ja to miałam gdzieś. Chciałam tylko być w tej grupie” albo „Chciałam tylko być blisko niego. Wszyscy się go bali, a ja byłam jego dziewczyną, więc czułam się bezpiecznie. Byłam dla niego gotowa zrobić wszystko”. Niektóre kobiety mówią nawet: „Byłam gotowa zabić”, „Byłam gotowa sprzedać swoje ciało, byle tylko nie być odrzuconą”.

Wykorzystywani są też ludzie starsi, których dorosłe dzieci biją, okaleczają, maltretują wręcz i zmuszają do żebractwa. To prawdziwa mieszanka ludzkiej biedy, masakryczne zranienia. W tym wszystkim wolność może dać tylko Bóg. Jestem o tym przekonana, bo sama tego doświadczyłam. Towarzysząc naszym podopiecznym, przyglądając się historiom ich życia, widzę, jak Bóg przemienia, jak Bóg uwalnia, ale to oczywiście jest proces.

I pewnie długo trwa.

Są u nas kobiety, ofiary wieloletniej przemocy domowej, które żyły w takim zakleszczeniu nawet piętnaście lat. Nie były w stanie ochronić swoich dzieci. Miały poczucie winy, że zaczęły szukać pomocy. Nieraz to ich dzieci proszą o ratunek dla nich. Wyjście z takiego zniewolenia umysłu i emocji, dostrzeżenie, że ta sytuacja jest chora i zła, wymaga czasu. Praca z nimi to także nauka budowania codziennych relacji, zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci. Sytuacja dorosłych wpływa na dzieci, które często w tym domowym koszmarze muszą sobie radzić same. Kiedy nie mają dorosłego przewodnika w domu, łapią to, co daje świat. Stają się dzikie w relacjach albo raczej w ich braku. Ich całym życiem jest telefon komórkowy i markowe ciuchy. Dlatego tak naprawdę uczymy ich budować codzienność: rozmawiać, słuchać, dbać o drugiego, troszczyć się o jego potrzeby czy nawet siedzieć razem przy wspólnym posiłku. Nieraz dziwi zwykłe pytanie: „O której wrócisz?”. Dziwi ich zainteresowanie drugim człowiekiem… Uczymy się też wspólnej modlitwy jedni za drugich.

Jak Wasi podopieczni trafiają do stowarzyszenia?

Przede wszystkim przez policję i Ośrodek Interwencji Kryzysowej. W naszym klasztorze przy ul. Krasińskiego w Katowicach mamy też punkt konsultacyjny, do którego można się zgłaszać. Pamiętam, że kiedyś przyszła tam dziewczynka z trzeciej klasy szkoły podstawowej i poprosiła o pomoc dla mamusi, bo uznała – pewnie po rozmowie z innymi dziećmi – że sytuacja w jej domu nie jest normalna. Dzieci często przyjmują to, co dzieje się w ich domu, za normę i kiedy orientują się, że tak nie jest, są w szoku. Na przykład, że nie w każdym domu się pije, że nie każda rodzina żyje z pieniędzy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, że nie wszyscy rodzice pozwalają swoim dzieciom na łażenie po nocach, że dzieciom stawia się granice.

Trafia do nas mnóstwo pogubionych i dzieciaków, i dorosłych. Niektórzy mają dwadzieścia, trzydzieści lat i mówią: „To moja pierwsza Wigilia bez alkoholu”; „U nas w Wigilię już o piętnastej była policja”. Święta czy inne wolne dni były dla nich przerażające. Po raz pierwszy u nas mogli fajnie świętować. Inaczej…

Czy po wyjściu z takiej sytuacji pomoc zawsze jest możliwa? Na ile Wasze podopieczne otwierają się na nią? Ludzie nie chcą nieraz mówić o swoich zranieniach.

Są osoby, z którymi nie można nawiązać kontaktu. Na zewnątrz wszystko wydaje się w porządku, ale brakuje chęci dotknięcia tego, co w głębi. Absolutne zamknięcie. Trudno zbudować jakąkolwiek relację. Rozmawiasz z nimi, ale nic do nich nie dociera. Ci ludzie są jak zombie. Robią różne rzeczy, zachowują jakieś normy i regulaminy, ale to wszystko jest zewnętrzne, to nie jest ich. Są jak wytresowani i tak głęboko poranieni, że za Chiny nie chcą wchodzić w jakiekolwiek relacje. I nie mam tu na myśli głębszych więzi, jak przyjaźń, tylko najzwyczajniejsze ludzkie relacje, elementarne zaufanie drugiemu, pozwolenie, by ktoś ci towarzyszył, zgoda na to, by coś ci podarował.

Niektórzy totalnie odcinają się od ludzi, ponieważ w przeszłości wielokrotnie się sparzyli. W końcu ile razy człowiek może przeżyć porzucenie, zranienie? Najpierw rodzice, potem domy dziecka, różne placówki, ciągłe zmiany wychowawców… Ledwie zdążysz się do kogoś przyzwyczaić, może nawet polubić, a już kolejna zmiana, i kolejna. Człowiek potrzebuje relacji, potrzebuje drugiego. Nawet pies chce mieć swojego pana.

Dlatego złości mnie, że maluchy w domach małego dziecka nieraz rok, dwa, trzy lata czekają na adopcję. Jest przecież mnóstwo ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci, którzy tęsknią za dzieckiem, starają się o adopcję, a po drodze natrafiają na administracyjne cuda-wianki. Dziecko jak najszybciej powinno znaleźć się w rodzinie i mieć ludzi, którzy będą je kochać, którzy będą w jego życiu jakąś stałością. Inaczej wytworzy w sobie mechanizmy obronne i pozamiatane. Zamyka się i koniec. To sprawia, że w dorosłym życiu nie potrafi wchodzić w związki, miłość myli z pożądaniem, nie jest zdolne do głębszej relacji albo wchodzi w relacje, które niszczą. Nie stawia sobie wymagań i udaje, że wszystko jest super. Wiedzę o życiu czerpie z mediów. Podobnie, jeśli chodzi o wiarę. O Jezusie wszystko wie z filmu Kod da Vinci. Totalne pomieszanie.

Kiedyś próbowałam rozmawiać z jedną dziewczyną. Było trudno. Nic. Powiedziałam: „Narysuj, jak się czujesz”. Narysowała siebie jako poszarpaną kłodę bez korzeni, bez żadnego zaczepienia, rzuconą jak po jakiejś wichurze. Martwa. Ale była tam mała gałązka z jednym zielonym listkiem – ślad nadziei… Często jednak mamy do czynienia z ludźmi, którzy tańczą tango śmierci. Żyją, ale jakby nie żyli. Zachowują się w sposób destrukcyjny. To prawdziwy obłęd. Jeśli nie przyjdzie Bóg i nie ogranie tego swoją mocą, to jest naprawdę ciężko. Człowiek sam wysiada. Co mu pozostaje? Wytrwać i wiernie się modlić, wbrew temu, co się widzi.

Nie ma Siostra ochoty uciec?

Tysiące, miliony razy. Kiedy ma się totalne poczucie bezsilności. Bezsilność w ogóle staje się twoją dobrą kumpelą. Często kłócę się z Bogiem, szybko się wkurzam i myślę: „To są Twoje dzieci. Rób, co chcesz”. Dlatego zawsze proszę Boga o wytrwanie jednego dnia. Mogę tylko zawierzyć Bogu i każdego dnia walczyć o człowieka. Kiepsko jednak znoszę bezsensowną śmierć. Bo czymś innym jest dobra śmierć, a czymś innym śmierć bez sensu. Nie zgadzam się na niepotrzebne cierpienie, na głupią śmierć pięknych, fantastycznych ludzi pełnych darów, którzy uwierzyli w szatański podszept, że są niczym. Zawsze się znajdzie jakiś sęp, który wykorzysta ich słabość, tęsknotę za miłością, za ojcem, za matką, samotność, brak środków do życia i jeszcze powie: „To był jego wybór”, „Ona tak chciała”. Kiedy stoję bezsilna nad grobem takiej młodej osoby, mam ochotę kopać ze złości. Człowiek nieraz po prostu nie wie, co robić.

I co wtedy?

Nie mam scenariusza. Słucham i pytam… Jeśli powiemy Bogu „chcę”, to Bóg będzie przez nas działał takimi, jacy jesteśmy. Dlatego już odpuściłam sobie: nie muszę być idealna. Nie czekam na dar doskonałości, by towarzyszyć ludziom. Do doskonałości nie dojdę pewnie nawet piętnaście minut po śmierci. Nie musimy być idealni fizycznie, psychicznie, duchowo czy intelektualnie. To mi się najbardziej podoba w moim Bogu. Możesz po prostu być, a On sobie zadziała. Każdego dnia doświadczam, że to Bóg prowadzi to dzieło, od początku. Zaczynaliśmy od ulicy. Przełożeni pozwolili mi wychodzić z domu o drugiej, trzeciej w nocy. Zakonnicy! Niektórym nie mieści się to w głowie, ale to Bóg tak chciał.

Ale i Siostra powiedziała „chcę”. Dlaczego?

Ponieważ poczułam, że Bóg mnie posyła, by dawać ludziom nadzieję. Poczułam, że taka, jaka jestem, mogę sprawić, by innym żyło się trochę lepiej. I nie mam tu na myśli kwestii materialnych. Gest i rozmowa są nieraz o wiele ważniejsze, a dać nie zawsze znaczy pomóc. Natomiast wybór Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej to trochę przypadek. Podobało mi się, że patronką zgromadzenia jest Maryja i że siostry pracują z kobietami, pomagając im i służąc w różnych sytuacjach. Nasze zgromadzenie powstało w połowie XIX wieku, we Wrocławiu. Najpierw było stowarzyszenie Misja Dworcowa, potem Związek Maryjny. To był czas emigracji kobiet ze wsi do miasta. Stowarzyszenie przede wszystkim opiekowało się ubogimi kobietami, które przyjeżdżały do miasta w poszukiwaniu pracy i zagrożone były prostytucją. Później zakon zaczął troszczyć się także o osoby starsze, chore i bezdomne, o edukację młodzieży.

Wasze zgromadzenie powstało ze stowarzyszenia?

Tak, dzięki temu przetrwałyśmy, kiedy w państwie pruskim w latach siedemdziesiątych XIX wieku w ramach Kulturkampf i wojny z Kościołem katolickim wprowadzono ustawę o likwidacji zakonów. My jako stowarzyszenie mogłyśmy działać.

Jak powstało Stowarzyszenie Po MOC?

Po wstąpieniu do zgromadzenia najpierw pracowałam jako katechetka i w duszpasterstwie. Było super, bardzo fajnie, ekstra. Dawało mi to wiele radochy, ale czułam, że to jeszcze nie to. Mówiłam nawet o tym Matce Generalnej. Kiedy więc w 1998 roku prezydent Katowic Henryk Dziewior poprosił o wydelegowanie sióstr do pracy z młodymi dziewczynami zagrożonymi prostytucją, przełożona wysłała mnie. Tak zaczęła się moja praca w stowarzyszeniu Dom Aniołów Stróżów, którego celem jest opieka nad dziećmi ulicy.

Pracowałam tam przez kilka lat jako wolontariusz. Dzieci, którymi się zajmowaliśmy, często prowadziły nas do swoich matek, które borykały się z różnymi problemami: kryzysy rodzinne, wychowawcze, uzależnienie małżonka, własne uzależnienie, brak pracy, kryzysy wewnętrzne, wiary… Tysiące różnych rzeczy. Z potrzeby pomocy im wyłoniło się właśnie Stowarzyszenie Po MOC. Chciałyśmy stworzyć coś, co stanie się wsparciem dla kobiet w każdej sytuacji. W moim sercu była gotowość. Modliłam się: „Oto jestem”. Byłam otwarta, ale sama nie wymyśliłam, że będę pracować z dziećmi czy kobietami ulicy. Chciałabym móc się tym pochwalić, ale to nie był mój pomysł. I to jest najlepsze, bo kiedy mam dość, to sobie mówię: „Ja tego nie wymyśliłam. To był Twój pomysł, Panie Jezu, dbaj o to”. Zawsze można zwalić na Jezusa albo na przełożonych, że cię posłali.

Ale jak wspomniałam wcześniej, czasem pojawiają się bezsilność i wątpliwości. Na początku ani nasze zgromadzenie, ani Matka Generalna, ani ja nie wiedziałyśmy, jak to wszystko ma wyglądać. Nie wypadało odmówić prezydentowi miasta, ale co dalej? W pewnym momencie ogarnął mnie paraliżujący lęk. Wydawało mi się, że wszystko mam poukładane pod kątem wiary czy zawierzenia i nagle mi się to rozsypało. Musiałam zaczynać od początku. Szarpało mną na różne strony. To była walka duchowa. Pomyślałam w końcu: „Albo zawierzam, albo świruję. Albo wierzę, że prowadzi mnie Jezus, albo daję sobie spokój”. Pomógł mi też znajomy franciszkanin, który zadał mi serię pytań: „Ty to wymyśliłaś?” – „Nie”. „Kościół cię posłał?” – „Tak”. „Biskup cię posłał?” – „Tak, abp Damian Zimoń”. „Przełożeni cię posłali?” – „Tak”. „To zapieprzaj do roboty”. Po prostu: idź, masz wszystkie znamiona posłania Kościoła. To daje poczucie bezpieczeństwa, niezależnie od tego, co się wydarzy. Jeśli popełnisz błąd, to zawrócisz. Zachowasz się nie tak, przeprosisz. Podobnie powiedziała też Matka Generalna: „Idź, masz moje błogosławieństwo. Zaczynaj, najwyżej nie wyjdzie”.

Zaczęła siostra i wyszło…

Zaczęłyśmy: ja i jeszcze jedna współsiostra, która jest ze mną od samego początku. To bardzo ważne. Nie wolno być samemu, bo samemu diabli biorą. Mówię to z całym przekonaniem. Gdyby nie ta siostra, nie wiem, co by mi się stało. Jest mądrość w posyłaniu „po dwóch”. To daje błogosławieństwo. Ważna jest też modlitwa za nas. Poruszamy się w bardzo niebezpiecznej sferze. Jeśli Pan nas nie ochroni, to nie ma o czym mówić. I chodzi mi tu nie tylko o zewnętrzne zagrożenia, ale i o wewnętrzne.

Kiedy Pan Bóg wygnał ludzi z raju, dał im ubranie, by ich chronić. Czy Wasi podopieczni mają coś w rodzaju takiej odzieży ochronnej?

Tak, to szata nowego człowieka. Często jest tak, że ich wcześniejsza historia strasznie im ciąży, niczym ołowiana kula. I kiedy mogą zrzucić z siebie ten dramat, oddać go, nagle zaczynają się śmiać, potrafią budować relacje, mają odwagę iść dalej, nie boją się już tak bardzo odpowiedzialności. Ta łaska staje się dla nich nową szatą.

Na przykład jedna z naszych podopiecznych, kobieta, trzydzieści parę lat, ofiara handlu. Wyjechała za granicę. Chciała zarobić pieniądze na utrzymanie rodziny. Oszukano ją i zmuszano do prostytucji. Wielokrotnie gwałcona, bita… Była też świadkiem morderstwa. Koszmar. I kiedy udało się jej z tego wyrwać i wrócić do Polski, ten koszmar nie dawał jej spokoju. Nie mogliśmy do niej dotrzeć. Sama nie była w stanie o niczym zdecydować. Przez dwa lata ktoś inny za nią to robił. Miała mózg niewolnika. Pytała nawet, czy może otworzyć drzwi albo wyjść do ubikacji. Jak dziecko w przedszkolu. Uciekała, chowała się po kątach z misiem w ręce… Wydawało się, że to koniec, ale w pewnym momencie powiedziała, że chciałaby się wyspowiadać. Nie weszła jednak do pokoju, w którym miała się spowiadać, dopóki nie dostała klucza od drzwi. Ksiądz nawet trochę się dziwił, taki spanikowany… O co chodzi? A ona bez tego klucza nie czuła się po prostu bezpiecznie. I nagle wychodzi już po spowiedzi, płacze, śmieje się na zmianę i woła: „Jestem wolna!”. Nie zapomnę tego do końca życia, do dziś mam ciarki, kiedy o tym mówię. Mogła zacząć wszystko od początku. Zostawiła cały ten beton i zdrowiała z dnia na dzień.

Inna nasza podopieczna powiedziała mi kiedyś, że marzy o dniu, kiedy będzie mogła pójść do kościoła i jak inni przyjąć Jezusa. Została uwikłana w różne długi, zaczęto ją straszyć, szantażować i w końcu zmuszono do prostytucji. Taki mechanizm długów i zastraszania. Przychodziła do mnie, pracowałyśmy nad jej sytuacją… Trwało to może dwa lata i któregoś pięknego dnia dzwoni do mnie i mówi: „Jestem szczęśliwa. Przyjęłam Pana Jezusa. Jestem wolna”. Ona też mówiła o wolności, a nie znała ani osoby, o której mówiłam wcześniej, ani jej historii. Zupełnie inny czas i przestrzeń. Opowiadała mi, z jaką radością przyjmowała Pana Jezusa, aż mi się głupio zrobiło, bo ja codziennie przyjmuję Jezusa, a nie ma we mnie takich emocji.

Bóg daje wolność i uzdrawia. Inna kobieta poszła kiedyś ze mną do kaplicy. Powiedziała, że nie wierzy, ale ponieważ mnie zna i lubi siostry, to pójdzie ze względu na nas, bo dla nas to jest ważne. Zapytała jeszcze, co ma robić. „A siedź sobie po prostu”. Po kilku dniach pyta: „Kiedy pójdziemy tam?”. Nie wiedziałam, co ma na myśli, a chodziło jej właśnie o kaplicę, „bo tam coś jest”. Ja mówię: Tam Ktoś jest”. Nagle człowiek zostaje poruszony, czuje w sercu, w duszy, że „tam Ktoś jest”. Tak się zaczyna droga. I nie dlatego że ktoś powiedział płomienne kazanie… Na pozór nic się nie dzieje. Jest cisza, Msza, modlitwa, pieśń. To wszystko jakoś dotyka. Jest słowo Boga, które robi swoje.

Często też powtarzam naszym podopiecznym, że kiedy biorą je jakieś demony, niech czytają Biblię. Nieraz bronią się, że to trudne, że nie rozumieją. „Nawet jak nie rozumiesz, to czytaj”. Mnie też tak ktoś powiedział i to pomaga, ja to sprawdziłam. Słowo Boga ma moc, Bóg działa, Bóg przytula, oblewa twoje poszarpane rany balsamem. To nie jest ściema. Sama tego doświadczyłam i widzę, że Bóg tak samo działa w sercach naszych kobiet, które często nie były wychowywane w wierze. Serce ludzkie czuje pewne rzeczy intuicyjnie. Wie, że „tam Ktoś jest”. To, co możemy zrobić, to podprowadzić kogoś w stronę nowego życia i odejść. Żyć po nowemu każdy musi sam. Naszym zadaniem jest obecność i towarzyszenie.

Czy nie jest ważna także sympatia, zaufanie. Siostra wspomniała kobietę, która poszła do kaplicy, bo Was polubiła i zaufała Wam i to poprowadziło ją do Boga.

Sympatia i zaufanie mogą prowadzić do Boga, ale nie muszą. O co tak naprawdę chodzi? My nie udajemy wobec naszych podopiecznych, że jesteśmy ich przyjaciółmi. Często powtarzam, że pomagam im z czystego wyrachowania. Ja mam w tym biznes. To dziwi: „O, to siostra nie kocha bliźniego?”. Ja nie jestem tu po to, by mieć przyjaciół, fajnie się poczuć, bo jestem super. Nie mogę wykorzystywać do tego ludzi. Ludzie nie są do „używania”. Przyjaciół mam gdzie indziej.

Co to za biznes?

Uwielbiam patrzeć, jak Bóg przemienia tu i teraz. Co mnie obchodzi, co Bóg robił dwa tysiące lat temu? Ja chcę Go doświadczać tu i teraz. Wiem, to jest bezczelne, ale ja tego po prostu od Boga żądam. I chodzi mi także o mnie samą. Ciągle muszę się zmieniać, dlatego mówię nieraz do Boga: „Czy byłbyś tak uprzejmy i zmienił coś we mnie?”. To jest mój biznes. Nie jestem altruistką. Ja jestem bizneswoman. Chcę nieba, chcę sensownie przeżyć życie, chcę żyć pełnią. Ale to nie znaczy, że za każdym razem będę widzieć wielkie efekty. Często gęsto ich nie widzę. Czasami coś się pojawia, ale to nie jest najważniejsze. Istotą tego wszystkiego jest wytrwanie.

W swojej pracy dotyka jednak Siostra ogromu ludzkiego bólu, od którego wielu ucieka. Ludzie nie chcą na niego patrzeć, a co dopiero towarzyszyć cierpiącym.

Ale to właśnie jest miłość, to właśnie jest wytrwanie. Najtrudniejsza rzecz – towarzyszyć komuś aż do śmierci. Towarzyszyć, oczywiście, na ile pozwala nam na to. Trzeba też zachować w tym pewną kulturę. Na „mus” idą tylko jabłka do ciasta. Jak to mówią, nie pchaj się, abyś nie był odrzucony. Cała mądrość towarzyszenia polega na tym, że możesz przyjść i możesz odejść. Tak też kocha nas Bóg. Jeżeli ktoś nie chce pewnych rzeczy, mówimy: „OK, szanuję twój wybór”. Każdy ma swoją historię i trzeba być względem niej pokornym. Skąd możemy wiedzieć, co dla kogo jest dobre i w którym momencie? Oczywiście nie mam tu na myśli kwestii kardynalnie błędnych, którym mówimy „nie” i na które się nie zgadzamy.

Pewnie, że chce się uciec. Chciałoby się nie dostrzegać cierpienia czy ludzkich błędów, bo to boli. Ważne jednak, by pamiętać, że każdy ma prawo do błędu. Błądzimy, grzeszymy, zaczynamy od początku, nawracamy się. Takich kocha nas Bóg. Bóg w tym wszystkim jest stały i miłosierny. Tego trzeba się nam uczyć: miłość polega na nieustannym przebaczaniu sobie nawzajem. Nikt nie jest idealny, ale ważne, by w tym wszystkim nie grać, nie udawać, nie dorabiać sobie ideologii do swoich błędów, ale być autentycznym. Wtedy i ludzie nam wybaczą. Na tym polega miłość.

Jak pomagać?

Nie wolno robić z ludzi inwalidów. Chcemy przede wszystkim, by nasi podopieczni przejęli kontrolę nad swoim życiem, na przykład płacili swoje rachunki. Każdy może coś zrobić dla siebie i dać coś innym. Kiedyś zostałam zaproszona na konferencję zorganizowaną przez wspólnotę „Modlitwa i Czyn”. Weszłam na salę, a tam mnóstwo osób na wózkach inwalidzkich. Pomyślałam „Jaki «czyn»? Co oni mogą zrobić?”. Rozmawiałam tam z jedną sparaliżowaną kobietą. Potrzebowała absolutnej pomocy innych, ale dla swoich przyjaciół i znajomych robiła z papieru czy z wełny wielkanocne króliczki. Rozwaliła mnie. Byłam wzruszona. Jedyne, co mogła zrobić, to wielkanocne króliczki, i podjęła ten trud. A my? Mamy zdrowe ręce, mamy tyle zdolności, tyle możliwości… Czy robimy to, co możliwe, tu i teraz? Czasem się nam wydaje, że zrobilibyśmy dużo, gdybyśmy byli zdolniejsi, ładniejsi, inteligentniejsi, mieli więcej kasy. Nie! Co możesz zrobić tu i teraz? Zawsze coś można zrobić, nawet maleńkiego, i to jest najfajniejsze. Nie można o tym zapominać.

Pomagając, trzeba rozeznawać, ile, komu i co, bo jeśli ktoś jest niczym kieliszeczek, to nie dasz mu wiadra wody. Trzeba też uważać, by ludzi nie poniżyć. Nieraz obdarowani zamiast przyjąć dar czy pomoc z wdzięcznością, wściekają się, bo czują się upokorzeni. Dzieci na przykład rzucają czekoladowymi cukierkami… Ktoś pomyśli: „O co chodzi?”. One po prostu zdają sobie sprawę, że ich rodziców nie stać na takie rzeczy, że to nie jest ich poziom. To budzi w nich złość, agresję. Taki podświadomy mechanizm obronny.

Wasza pomoc nie zawsze spotyka się z wdzięcznością?

Jeśli przyjmujesz coś z wdzięcznością, cieszysz się, to jesteś na bardzo wysokim poziomie, czwarty dan doskonałości. Zazwyczaj obdarowanemu zawsze mało, zawsze dostał gorsze, zawsze nie to. Są ludzie, którzy w metabolizmie mają narzekanie. Pomagamy, więc wiem, o czym mówię. Nieraz włącza się agresor: „A zrób człowieku sam, jak ci nie pasuje”. Ale z drugiej strony, jeśli wiemy, że ten ktoś musi sobie po prostu pogadać, a tak naprawdę bardzo potrzebuje pomocy, pozwalamy mu na to, choć po ludzku to trudne.

Nie wolno ludzi od siebie uzależniać. Dając, warto zapytać: „Co możesz dać w zamian?”. Ludzi czasem dziwi to pytanie, a przecież musi być coś takiego jak wzajemność, wyrównanie, odpracowanie. Nasze siostry nieraz z dobroci serca przyjmują biedną rodzinę czy kogoś bezdomnego, chcąc im w ten sposób pomóc. Po jakimś czasie okazuje się, że te osoby utknęły i nie mogą przekroczyć swojej sytuacji. Jest im po prostu wygodnie: mają ciepły kąt, pełną miskę. Sami od siebie nic nie muszą dawać. Uważam, że miłość bliźniego to także wymaganie od niego, stwarzanie szansy, by mógł się odwzajemnić.

Zawsze można coś zrobić. Sama zbierałam złom. Chłopaki nauczyły mnie sprawdzać, czy jest alumn, czy nie ma. Jestem po szkole mechanicznej, więc miałam już wstęp, ale to bezdomni powiedzieli mi, ile puszek wchodzi na jeden kilogram. Właśnie o tym z nimi rozmawiałam, bo musisz wyjść od ich codzienności, od puszki aluminiowej, by móc rozmawiać o Jezusie. Dlaczego? Bo Jezus też tak robił. Dla wielu ludzi ich codzienność to cena złomu. Znam całe rodziny, które utrzymują się z tego, co znajdą na śmietniku. Są u nas takie rejony niczym państwo w państwie. Zupełnie inny świat. Jedno miasto zasypia, drugie się budzi… Wcześniej tego nie wiedziałam.

Świat wykluczonych?

U Boga nie ma marginesów. Bóg też tam jest. Są tam też święci, którzy zanurkują w śmietniku, by ocalić zużytą kartę telefoniczną z wizerunkiem Matki Bożej i Ojca Świętego, bo „to się nie godzi, żeby Matka Boża była w śmietniku”. Ja, zakonnica, nie robiłam tego. Poznałam ten świat i ogrom cierpienia, ale zrozumiałam też, że wszędzie da się żyć. Bezdomni nauczyli mnie, jak zabezpieczyć buty, żeby nie przemokły, że gazeta pod kurtką uchroni przed zimnem, gdzie w mieście dają ciepłą zupkę…

Pomaganie to prawdziwa sztuka.

Trzeba mądrości w pomaganiu, by nie robić tego na zasadzie: „pomogłam i teraz dobrze się czuję”. Przepraszam bardzo… To nie ma sensu. Widziałam tysiące takich akcji, chociażby z funduszy europejskich. Bezdomni musieli kwitować odbiór ryżu i kaszy. Tylko gdzie oni mają sobie to ugotować? Paranoja… Jeśli chcemy kogoś obdarować, musimy się wysilić, sprawdzić, kto i jakiej pomocy potrzebuje. Nie dawajmy diabetykowi czekolady. Ale ludzie często nie sprawdzają, czy dając komuś dwa zeta na dworcu, naprawdę pomagają. Nie zastanawiają się, czy swoim gestem nie utwierdzają go w przekonaniu, że to dobry sposób na życie. Znam wielu, którzy właśnie zrobili sobie z tego sposób na życie. Wywalają swoich starych rodziców na dworzec czy pod kościół, żeby żebrali. Żebrzący nie mają z tego żadnych pieniędzy. To zorganizowana przestępczość. Powtórzę: dać nie znaczy pomóc. Ktoś wychodzi z kościoła, rzuci grosz i poczuje się dobrze, bo pomógł: „Jaki jestem fajny”. Tylko że te pieniądze mogą kogoś pozbawić życia. Dlatego nasze stowarzyszenie to też edukacja i uwrażliwianie społeczne. Jeśli chcemy mądrze pomagać, wesprzyjmy jakąś organizację, fundację. Jest ich naprawdę wiele. Wysil się, idź, zobacz, poznaj… Wtedy to jest pomaganie. Robienie czegoś, by fajnie się poczuć, to egoizm. Pycha jak nic.

Więcej grzechów nie pamiętam, co nie znaczy, że ich nie mam…

***

Wesprzyj akcję zbiórki pieniędzy na Centrum dla dzieci: 
www.budujemycosdobrego.pl
Stowarzyszenie Po MOC
ul. Krasińskiego 21
40-019 Katowice
tel. 32 255 38 69
pomoc@po-moc.pl; www.po-moc.pl