To było naprawdę piekło

Z Tadeuszem Spornym SJ, uczestnikiem Powstania Warszawskiego, rozmawia Józef Augustyn SJ
Życie Duchowe • LATO 59/2009
Dział • Rozmowy duchowe
Fot. alf.melin / Foter / CC

Ile lat miał Ojciec, kiedy wybuchła druga wojna światowa?

Miałem szesnaście lat, skończyłem drugą klasę gimnazjum.

Urodziłem się i mieszkałem w Warszawie, przy ulicy Targowej, na Pradze, razem z rodzicami i starszym rodzeństwem: dwiema siostrami - Zofią i Barbarą oraz bratem Antonim. Mój ojciec - Piotr - przed wojną miał na Pradze zakład fryzjerski, ale zaczął chorować i musiał go zamknąć. Otworzył wówczas drogerię w Śródmieściu. W pierwszych dniach Powstania Warszawskiego został wywieziony do obozu w Gross-Rosen i tam zmarł prawdopodobnie z wycieńczenia. Wojny nie przeżył także mój brat. We wrześniu 1939 roku Antoni był w Szkole Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. Po upadku kampanii wrześniowej trafił do Anglii. Był pilotem; na początku lat czterdziestych został zestrzelony nad Niemcami. Ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero po wojnie dzięki pomocy Czerwonego Krzyża. W czasie okupacji nie wiedzieliśmy, co się z nim dzieje.

 

Jak wyglądało życie w okupowanej Warszawie?

Przez pierwszy rok okupacji nie chodziłem do szkoły, Niemcy bowiem je pozamykali. Później nie mogłem kontynuować nauki w moim starym gimnazjum. Okupant pozwolił bowiem otworzyć tylko szkoły zawodowe. Zacząłem więc naukę w szkole budowlanej. Muszę jednak przyznać, że naszymi nauczycielami byli niejednokrotnie wykładowcy wyższych uczelni, którzy nie mogli pracować na zamkniętych uniwersytetach. Chodziłem także na tajne komplety, by kontynuować naukę przedmiotów humanistycznych. Tych bowiem nie było w oficjalnym okupacyjnym szkolnictwie.

Staraliśmy się jakoś żyć: uczyć i pracować. Nie było to łatwe, bo w mieście, jak i w całej okupowanej Polsce, szalał hitlerowski terror. Na porządku dziennym były uliczne łapanki, aresztowania i wywożenie na roboty do Niemiec, egzekucje i represje. Można było wyjść z domu i nie wrócić. Człowiek nie mógł być pewny dnia jutrzejszego. Mnie nie aresztowali, ale kilku moich kolegów zatrzymano i wywieziono do obozu koncentracyjnego. Rodzice jednego z nich dostali później tylko przesyłkę z Oświęcimia z jego ubraniem i informacją, że chłopak zmarł.

Czasami jadąc tramwajem, słyszało się ostrzegawcze krzyki przechodniów, że kilka ulic dalej jest łapanka. Tramwajarz wtedy zwalniał - można było wyskoczyć i uciec. Kilka razy ochroniło mnie to przed niebezpieczeństwem. Pamiętam też, że kiedyś wracając ze szkoły, zobaczyłem na Nowym Świecie pełno piachu. Zasypano nim ludzką krew. Pół godziny wcześniej miała tam miejsce egzekucja. Takie egzekucje często odbywały się na ulicach. Niemcy przywozili z Pawiaka do centrum grupę więźniów i na oczach przechodniów rozstrzeliwali ich. Hitlerowcy chcieli w ten sposób sterroryzować mieszkańców.

Brakowało też żywności, która była na kartki. Z tym jednak warszawiacy radzili sobie dzięki szmuglowi. Oczywiście proceder ten był ryzykowny, bo Niemcy z nim walczyli, ale jakoś trzeba było sobie radzić.

Okupacja to nieustanna walka o życie. Byłem wtedy młodym chłopakiem i razem z kolegami chcieliśmy mimo wszystko normalnie żyć: uczyć się i bawić. Pamiętam, że w lecie 1941 roku kąpaliśmy się nad Wisłą i pływaliśmy na kajakach. Wzdłuż drugiego brzegu ciągnął pociąg towarowy, którym niemieccy żołnierze jechali na front wschodni. W czerwcu tego roku Niemcy zaatakowali bowiem Związek Radziecki. Wagony w pociągu były pootwierane i widać było w nich przyglądających się nam żołnierzy. Oni jadą na front, a my tu pływamy na kajakach.

 

Druga wojna światowa to też dramat narodu żydowskiego. Przed rozpoczęciem wojny Gmina Żydowska w Warszawie była największa w Europie, a co trzeci warszawiak był Żydem. Nagle hitlerowcy zaplanowali ich eksterminację. Jako młody chłopak był Ojciec bezpośrednim świadkiem życia i zagłady narodu żydowskiego.

Rzeczywiście przed drugą wojną światową w Warszawie mieszkało - o ile się orientuję - ponad trzysta pięćdziesiąt tysięcy Żydów. Nasza rodzina wynajmowała mieszkanie w kamienicy należącej do Żyda, w sąsiedztwie mieszkało wielu chasydów. W części naszego domu znajdowała się nawet niewielka synagoga. Dla mnie, wówczas małego chłopca, żydowscy sąsiedzi byli niezmiernie intrygujący i tacy inni: te ich loczki, stroje, zwyczaje, zawodzenie modlitewne. Nikt nam nie tłumaczył żydowskiej religii i kultury. Ich zachowania były więc dla małych dzieci niezrozumiałe, a przez to i dziwne. W październiku, w czasie Święta Namiotów, Żydzi budowali na podwórku szałasy pokryte zielonymi gałązkami i liśćmi. Pamiętam, że czasami, by im dokuczyć, polewaliśmy te chatki wodą, niby podlewając na balkonie kwiatki.

Były to jednak tylko dziecięce wybryki. Nasza rodzina miała raczej dobre i życzliwe stosunki z żydowskimi sąsiadami. Zwłaszcza moja matka Karolina - z niektórymi sąsiadkami Żydówkami bardzo się przyjaźniła. Dla mnie ta przyjaźń przekładała się wówczas przede wszystkim na smak żydowskiej macy, którą jedna z sąsiadek przynosiła mojej mamie w czasie Paschy. Pamiętam, że bardzo mi ta maca smakowała.

 

W październiku 1940 roku Niemcy utworzyli getto i wasi sąsiedzi zmuszeni byli opuścić swoje mieszkania.

Pamiętam, że kiedy nakazano Żydom przeprowadzkę do getta, sąsiedzi jeszcze parę razy przychodzili do nas, prosząc o coś matkę. Na początku było to bowiem możliwe - przez jakiś czas Żydzi mogli opuszczać getto. Gospodarz naszego domu przyniósł wówczas do nas jakiś pakunek, z prośbą, by mama go przechowała. Były w nim świeczniki, Tora i inne przedmioty żydowskiego kultu. Mama schowała to wszystko, a po wojnie zgłosił się po te rzeczy ktoś z rodziny gospodarza.

Przez jakiś czas przejeżdżałem przez getto, jadąc do szkoły na Żoliborzu. Przy wejściu do tramwaju stał policjant, by nikt ani nie wsiadł do tramwaju, ani z niego nie wysiadł. W getcie panowały skrajne warunki: ciasnota, niewyobrażalna bieda i straszliwy głód. Warszawskie getto zajmowało teren około 2,6 kilometra kwadratowego, a zamknięto na nim ponad czterysta tysięcy Żydów warszawskich i przywiezionych tu z innych terenów. Nieraz widziałem też na ulicach Warszawy po tak zwanej stronie aryjskiej żebrzących żydowskich chłopców, którym udało się przedrzeć z getta. Wyglądali przerażająco - to był obraz rozpaczy.

 

Czy kiedy Niemcy zaczęli likwidować getto i wywozić Żydów do Treblinki, mieszkańcy Warszawy wiedzieli, co się z nimi dzieje?

Trudno powiedzieć, ponieważ ogólnie się o tym nie mówiło. Nie pisały o tym przecież niemieckie gazety... Na pewno wiedziała Armia Krajowa, w której była komórka kontaktów z gettem. Przeciętny mieszkaniec Warszawy raczej nie zdawał sobie z tego sprawy. To był czas okupacji i - co tu dużo mówić - każdy walczył o przetrwanie, chciał ratować własną skórę. Wszechobecny strach narzucał myślenie najpierw o sobie i swojej rodzinie: trzeba było pracować, uczyć się, zdobywać żywność, nie dać się złapać. Człowiek całą okupację się bał: Co będzie, kiedy zaczną walić do drzwi? Co wówczas zrobić? Gdzie się ukryć? Wyskoczyć na balkon? Często myślałem o tym w nocy. Człowiek żył cały czas w napięciu i niestety koncentrował się na własnych sprawach. Polacy interesowali się bardziej tym, co dzieje się na froncie zachodnim, postępami aliantów, wojskiem polskim...

 

Wielu jednak ukrywało Żydów.

To prawda. Robili to mimo grożącej za to śmierci. Niemcy bowiem często wpadali do mieszkań w poszukiwaniu Żydów. Ukrywanie Żydów to dla mnie prawdziwe bohaterstwo. Bądźmy szczerzy, wymagało to heroizmu.

 

Widział Ojciec płonące getto?

Tak. Wiosną 1943 roku, kiedy wybuchło powstanie w getcie. Przerażający widok, po ludzku tragiczny... To był czwarty rok okupacji. W mieszkańcach Warszawy rosła nienawiść do Niemców. Powstanie Warszawskie, które wybuchło rok później, było naturalną tego konsekwencją - musiało do niego dojść.

 

Ojciec także brał w nim udział, walcząc w oddziałach Armii Krajowej.

Jeśli dobrze pamiętam, do Armii Krajowej wstąpiłem w 1943 roku. Należałem do trzeciej kompanii Batalionu im. Jana Kilińskiego. Przybrałem pseudonim "Traugutt". Co jakiś czas w konspiracji, w prywatnych mieszkaniach, także u mnie przy ul. Targowej, spotykaliśmy się na podstawowych szkoleniach wojskowych. Ze zrozumiałych względów miały one tylko charakter teoretyczny. Na zbiórki w kilkuosobowych grupach dowódca drużyny przynosił rysunki pistoletów, karabinów i pistoletów maszynowych i "na sucho" opisywał, jak działają. Między poszczególnymi drużynami krążyło też kilka sztuk broni krótkiej. Były to te same: vis, mauzer, parabellum i nagan. Uczyliśmy się je składać i rozkładać. Ale ogólnie broni brakowało.

 

Brakowało jej też w czasie Powstania Warszawskiego.

W naszym około trzydziestoosobowym plutonie był tylko jeden karabinek maszynowy. Trzymał go zawsze wartownik. Jeśli szliśmy na jakąś akcję czy broniliśmy jakiejś placówki, to zabieraliśmy mu ten karabin, a po powrocie zwracaliśmy. Podobnie sytuacja wyglądała w innych oddziałach Armii Krajowej. W czasie walk powstańczych brakowało broni. Każdy pistolet był na wagę złota i dowódcy cieszyli się, jeśli powstańcy mieli własną broń. Opowiadał mi jeden z kolegów, że kiedy po wybuchu powstania chciał walczyć i zgłosił się do jednego z oddziałów, na wstępie zapytali go, czy ma broń. On oczywiście nie miał jej, bo i skąd kilkunastoletni chłopak miał wziąć broń. Od razu odesłali go do domu...

 

W której części Warszawy walczył Ojciec w czasie powstania?

Batalion Kilińskiego walczył głównie w rejonie Śródmieścia, gdzie w porównaniu z innymi częściami Warszawy - Starym Miastem, Powiślem, Czerniakowem, Żoliborzem czy Pragą - było w miarę spokojnie. Trzecia kompania, do której należałem, przebywała między placem Napoleona (dziś Powstańców Warszawy) a Nowym Światem. W pierwszych dniach powstania mieliśmy za zadanie zdobyć gmach Gimnazjum im. Wojciecha Górskiego. W pięciopiętrowym budynku mieściły się niemieckie koszary, a dokładniej hotel dla tak zwanych własowców, czyli Ukraińców walczących po stronie hitlerowców. W dniu wybuchu powstania nie udało się nam jednak zdobyć tego budynku. Był chroniony zasiekami i obsadzony uzbrojoną po zęby załogą, a nasz karabin maszynowy akurat się zaciął. Obrzuciliśmy więc gmach samozapalającymi się butelkami szturmowymi i musieliśmy się wycofać. Rano rozpoczął się drugi atak, ale przeciwnik w nocy opuścił budynek od tyłu i kiedy do niego wkroczyliśmy, było tam jeszcze może dwóch własowców, których wzięliśmy do niewoli.

W piwnicach Gimnazjum Górskiego stacjonowaliśmy ponad miesiąc. To była nasza placówka, z której - jeśli padł rozkaz - szliśmy bronić powstańczych punktów albo zdobywać nowe. Nie mieliśmy jednak - jak już mówiłem - broni, więc właściwie stanowiliśmy jednostkę rezerwową, pomocniczą. Budowaliśmy barykady, obrzucaliśmy czołgi butelkami szturmowymi, ćwiczyliśmy musztrę albo uczyliśmy się strzelać z wiatrówki. Pamiętam też, że ciągle brakowało nam wody i żywności. Kopaliśmy jakieś studnie i szukaliśmy wody nie tylko do picia, ale także by móc się umyć. Wodę zbierało się też z kranów, z których niemiłosiernie wolno kapała.

 

Skąd mieliście żywność?

Po zdobyciu koszar w budynku znaleźliśmy jedzenie zostawione przez uciekających własowców. Na początku nie było więc kłopotów z wyżywieniem. Żywnością dzieliła się z nami również ludność cywilna, ale z czasem zaczęło jej brakować wszystkim i musieliśmy organizować po nią wyprawy. Niedaleko naszej placówki znajdował się browar, a w nim zapas zboża i cukru. Chodziliśmy tam po owies - co oczywiście nie było ani łatwe, ani bezpieczne, ale kiedy zdobyliśmy ziarno, można było z niego ugotować dla wszystkich zupę. Pełno było w niej łusek z owsa i wszyscy nimi pluli. Dlatego nazywaliśmy tę zupę "zupa pluj".

Muszę przyznać, że osobiście nie uczestniczyłem w jakichś ciężkich akcjach na pierwszej linii ognia. Było mi dane oddać kilka strzałów i to wszystko... Razem z pozostałymi członkami mojej drużyny walczyliśmy na zapleczu. Dlatego udało się nam w miarę spokojnie przeżyć pierwszy etap powstania. Sytuacja zmieniła się, kiedy Niemcy rozpoczęli metodyczne bombardowanie miasta. Spuszczali na Warszawę bomby zapalające - ulica po ulicy. To było straszne... Całe miasto płonęło - patrzyliśmy na to nieraz z okien ostatniego piętra gimnazjum, w którym stacjonowaliśmy: wszystko wokół się paliło. Trudno było wytrzymać duszący dym i swąd spalenizny. A później jeszcze rozkładające się w letnim upale ciała... To było naprawdę piekło...

W czasie bombardowań ukrywaliśmy się w piwnicach, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że nie jest to bezpieczne miejsce - w każdej chwili na głowę mógł się nam zawalić cały budynek. Raz nawet w sąsiedztwie po zbombardowaniu jakiś dom runął. Towarzyszył temu taki huk, że na kilka dni straciłem słuch. Byłem wówczas młody, zaprawiony poprzednimi latami okupacji i jakoś to wytrzymywałem. Mam też świadomość, że czuwała nade mną Opatrzność. Nasza placówka ostatecznie bowiem także została zbombardowana i pod jej gruzami zginęło wielu moich kolegów, innych żołnierzy. Niemcy zrzucili na Gimnazjum Górskiego bomby jakieś dwa dni po tym, jak zaczęła w nim nadawać powstańcza radiostacja. Widocznie ją namierzyli.

 

Ojcu udało się przeżyć.

Akurat w czasie akcji bombardowania przebywałem w innym miejscu. Tego samego dnia wcześniej zbombardowano gmach Poczty Głównej przy placu Napoleona i razem z kilkoma ochotnikami pomagałem przy odgruzowywaniu i ratowaniu zasypanych tam ludzi. Nie byłem tam za bardzo przydatny, ale właśnie ta akcja uratowała mi życie. Kiedy bowiem wróciłem na moje dawne miejsce, zastałem cały budynek w gruzach.

 

Jak Ojciec wspomina czas powstania?

Na początku powstaniu towarzyszył ogromny entuzjazm. Przez pierwszy tydzień to była prawdziwa młodzieńcza euforia, tym bardziej że powstańcom udało się zdobyć wiele budynków i ulic. Na dachach domów czy w oknach wywieszano polskie flagi, śpiewaliśmy patriotyczne i religijne pieśni. Czuło się wolność. Po latach okupacji chcieliśmy w końcu zacząć walczyć z Niemcami.

 

Do walki wy, młodzi, szliście pewnie trochę jak harcerze na biwak, nie zdając sobie do końca sprawy z tragizmu całej sytuacji.

Rzeczywiście chyba tak było. Byliśmy młodzi, pełni zapału, poświęcenia i wiary. Tak bardzo nienawidziliśmy hitlerowców, że każdy chciał walczyć, by ich z kraju wypędzić. Ten entuzjazm nie gasł, nawet kiedy w czasie powstania zaczęło brakować amunicji i żywności. Wszyscy bowiem z nadzieją patrzyli w niebo, oczekując alianckich zrzutów, i za Wisłę, spodziewając się pomocy wojsk Armii Czerwonej. Zrzutów nawet kilka było, ale większość broni i żywności spadała na stronę niemiecką, a Rosjanie - jak wiemy - nie przyszli nam z pomocą. Nadzieja pomału zaczęła więc umierać, aż w końcu przyszły ostatnie dni powstania, zawieszenie broni, kapitulacja i wymarsz z doszczętnie zniszczonej Warszawy.

 

Czy był Ojciec w Muzeum Powstania Warszawskiego?

Tak, kilka lat temu. W jakimś stopniu oddaje ono klimat powstańczych walk, ale by całkowicie go oddać, musiałby tam jeszcze zapanować ten straszny swąd palonych i rozkładających się ciał, ogarniający wszystko dym, nieustający zaduch i kurz wzbijany przez walące się budynki.

 

Powstanie - jak wielu ocenia - było pewną improwizacją, doraźną reakcją wojskowo-polityczną.

Dla mnie Powstanie Warszawskie to ostatnie polskie powstanie romantyczne. To był bohaterski zryw głównie młodych ludzi, którzy podjęli go pełni patriotycznych uczuć. Wśród moich rówieśników nikt nie myślał o wielkiej polityce, każdy chciał walczyć z wrogiem i nie zastanawiał się, czy powstanie jest dobrze przygotowane i ma szanse; czy będzie udane, czy nie. Dowództwo Armii Krajowej chciało w zamyśle zamanifestować, że Polacy nie tylko czekają na oswobodzenie, ale o swoją wolność walczą. To prawda jednak, że cena była bardzo wysoka: około osiemnastu tysięcy poległych żołnierzy i sto osiemdziesiąt tysięcy cywilnych mieszkańców miasta. Wśród poległych elita narodu polskiego, najbardziej wartościowi ludzie. Poza tym ogromne straty materialne, zniszczone zostało wiele cennych pamiątek narodowych, archiwów, zabytków.

Walka z dobrze uzbrojonym przeciwnikiem nie mogła się skończyć inaczej. Niemcy byli jeszcze wciąż militarną potęgą i mieli ogromne zaplecze. Wojna przecież ciągle trwała. Powstańcy w dużej mierze improwizowali i wszystkiego im brakowało. Ale dla mnie na zawsze pozostaną bohaterami gotowymi oddać życie za ojczyznę. Muszę jednak powiedzieć, że w powstańczych oddziałach zdarzali się także ludzie o mniej szlachetnych pobudkach...

 

Dokąd Niemcy wyprowadzili was z powstańczej Warszawy?

Najpierw trafiłem do Ożarowa pod Warszawą. Stamtąd pociągami zostaliśmy wywiezieni do obozu przejściowego w Lamsdorf na Dolnym Śląsku, czyli do Łambinowic. Panowały tam straszne warunki bytowe, po prostu skrajna nędza... Nie byliśmy tam jednak długo, ponieważ z Lamsdorf rozsyłano więźniów do innych obozów na terenie Rzeszy. W listopadzie 1944 roku trafiłem więc do Stalagu VIII C Sagan, czyli do Żagania. Był to stały obóz dla jeńców, w którym przebywali najpierw żołnierze polscy walczący w kampanii wrześniowej, a następnie został on przeznaczony dla jeńców francuskich, belgijskich, brytyjskich i wielu innych narodowości. Oczywiście tam również panowały nie najlepsze warunki. Brakowało jedzenia, zbliżała się zima, a my nie mieliśmy odpowiednich ubrań... Ale w Żaganiu odpoczęliśmy psychicznie. Śmialiśmy się, że jesteśmy w sanatorium: obóz za miastem, blisko las, spokój i świeże powietrze.

 

W Żaganiu przebywał Ojciec do zakończenia wojny?

Nie. Kiedy zbliżał się front rosyjski, zimą 1945 roku Niemcy zaczęli obóz ewakuować. Szliśmy kolumną prawie miesiąc na zachód, codziennie dwadzieścia, trzydzieści kilometrów. Na początku spaliśmy w polach albo w lesie, później po stodołach. Ze względu na porę roku, nie było lekko, ale także w tym widzę opiekę Opatrzności nade mną. Obóz w Żaganiu został bowiem w lutym 1945 roku wyzwolony przez Armię Czerwoną i po selekcji żołnierzy AK, którzy pozostali w Żaganiu, zesłano do sowieckich łagrów. Ja trafiłem do niewielkiego Arbeit Komando na zachodzie Niemiec, które zostało na początku kwietnia wyzwolone przez Amerykanów.

Przez pewien czas po wyzwoleniu przebywałem jeszcze w tym obozie. Wspólnie z kilkoma kolegami zaczęliśmy myśleć o tym, co dalej. Chciałem wstąpić do zakonu. Do Polski nie mogłem wrócić, więc pomyślałem, że skoro zakon, to najlepiej dostać się do Rzymu. Z obozu wyruszyłem wspólnie z czterema kolegami. Moi towarzysze wstąpili we Włoszech do Armii Andersa, a ja odnalazłem wojskowego kapelana i powiedziałem mu o swoich zamiarach. Pamiętam, że to właśnie ten kapelan w sierpniu 1945 roku zawiózł mnie do Rzymu i tam skontaktował z jezuitami.

 

I w Rzymie rozpoczął Ojciec nowicjat.

Dokładnie w Galoro pod Rzymem. Zanim jednak rozpocząłem nowicjat, przez trzy miesiące przygotowywałem się do matury. Dopiero po jej złożeniu wstąpiłem do Towarzystwa Jezusowego - w grudniu 1945 roku. W zakonie jestem więc już blisko sześćdziesiąt cztery lata.