Zadanioholizm – pułapka nieoczekiwanie niebezpieczna

Życie Duchowe • LATO 91/2017
Dział • Temat numeru
(fot. Abi Skipp / Flickr.com / CC BY 2.0)

Ten artykuł będę pisała kilkanaście godzin, mimo że będzie miał kilka stron, a całkiem sensowną stronę można napisać w czterdzieści minut. Poszczególne akapity będą pewnie powstawały szybko, ale potem nastąpią przerwy na robienie herbaty, patrzenie przez okno, głaskanie psów. W tym zamyśleniu bez pisania przypomną mi się jakieś sceny z życia, może zawarte w książkach myśli innych osób, jakieś rozmowy. Część z tego da się wykorzystać w tekście. Na pewno będą pauzy. Będzie też czytanie tego, co napisałam, i badanie sensu, więc będą skreślenia i uzupełnienia. I znowu przerwy, rozważania, zamyślenia na temat i nie na temat… Zwykle pod koniec tekst mnie zaskakuje. Oprócz treści, które zaplanowałam, między wierszami wybrzmiewają pointy zaskakujące, ale często celniejsze od zaplanowanych. Wtedy pracuję szybko i z pisania mam największą przyjemność. Przestaję się też denerwować, że tym razem nie wyjdzie.

Kilkanaście lat temu modna była zasada 20/80 wymyślona czy zaobserwowana przez Vilfreda Pareta pod koniec XIX wieku. Zasada ta głosi, że w wielu dziedzinach 20 procent przyczyn wywołuje 80 procent skutków. Na przykład pracując nad artykułem, 80 procent tekstu powstaje w 20 procent czasu. Wyciągano stąd wniosek, że gdyby zrezygnować z owych nieefektywnych 80 procent czasu i przeznaczyć na zadanie tylko efektywne 20 procent, rezultat byłby prawie taki sam, a nakład pięciokrotnie mniejszy. W tym kontekście mój artykuł o zadanioholizmie mogłabym napisać w kilka godzin. Bez zamyśleń, przerw, rozważań na temat i nie na temat. Prosto do celu według planu. Byłoby sprawniej, wygodniej dla redakcji i dla mnie. Jednocześnie coś zostałoby utracone – to coś ekstra, coś tajemniczego, co nawet nie wiem, czy tym razem się pojawi, jakaś niespodzianka płynąca z samego faktu wystarczająco długiego „bycia z tematem” artykułu.

Pomysł, że można i warto jakąś czynność wykonać prędzej albo oszczędniej, a w każdym razie efektywniej, kiedyś dotyczył jedynie wąskiego zakresu spraw, obecnie może dotyczyć niemal wszystkiego. Zmywać można „sobie zmywając”, ale można też zrobić to sprawnie i szybko. Podobnie: odprowadzić dziecko do przedszkola, ustalić z rodziną plany weekendowe, przygotować się do egzaminu, zrobić zakupy czy realizować swoją profesję. Od zwykłej aktywności zadanie różni się tym, że stawiamy sobie cel i monitorujemy jego osiągnięcie. Często też planujemy, a nawet staramy się zoptymalizować sposób realizacji celu.

Jeśli zamienimy nasze codzienne zajęcia na zadania, wyniknie z tego wiele pozytywnych konsekwencji. Po pierwsze: będziemy mogli wykonać więcej działań – jeśli sprawnie pozmywam, zdążę jeszcze wstawić pranie i sprzątnąć. Po drugie: będziemy mogli nagrodzić się poczuciem sukcesu, choćby wykreślając kolejną pozycję na codziennej liście „do zrobienia”. Po trzecie: będziemy mogli zaprezentować komuś nasze osiągnięcia – „Patrz, ile dziś zrobiłam!”. Wszystko to wzmocni nasze poczucie własnej wartości.

Niestety, doświadczymy też skutków negatywnych. Po pierwsze: zamieniając działania na zadania, umieścimy nasz punkt koncentracji w przyszłości. Co jeszcze muszę zrobić, by skończyć? Wytrącenie z obecności w teraźniejszości pociąga za sobą utratę naturalnego spokoju. Nie korzystam (nie widzę, nie czuję) z tego, co jest w danej chwili obecne, dążę do tego, co chcę, aby było w przyszłości. Po drugie: moja osobista refleksja – o ile ją uruchamiam – dotyczyć będzie zadań lub dążeń, a nie obecnej tylko tu i teraz prawdy o świecie i o mnie samej. To powoduje wielkie zubożenie mojego doświadczania, którego istotnym elementem jest uświadamianie sobie znaczeń percepowanej rzeczywistości. Rozmyślanie nad sensem tego, co jest, ustępuje koncentracji w dążeniu do tego, co ma być. To naprawdę olbrzymia zmiana wewnętrznej mentalności. Po trzecie: zadania wymiatają z pola uwagi wszystko inne. Jeżeli chcę szybko i sprawnie odprowadzić dziecko do przedszkola, aby przed pracą zrobić zakupy (następne zadanie), nie będę miała czasu dopytać, dlaczego moja córka chce dziś zostać w domu. Te dziecinne problemy będą dla mnie przeszkodami w realizacji zadań. A zatem zadania ograniczą mój kontakt z innymi ważnymi sferami życia. Można by wręcz powiedzieć „zadania zubożają relacje”.

Oczywiście, zakres konsekwencji zależy od intensywności, z jaką nasycamy nasze życie zadaniami. Nie ma nic groźnego w pomyśle, by szybko i sprawnie uporządkować papiery na biurku. Dopóki w naszym codziennym życiu istnieje obszar nietknięty zadaniowością, dopóki są momenty, w których „jesteśmy” i nie myślimy, gdzie powinniśmy być za chwilę, dopóty jesteśmy bezpieczni od choroby zadanioholizmu.

Powinniśmy jednak wystrzegać się dwóch pułapek. Pułapka pierwsza – prawie nie do uniknięcia, jeśli się o niej nie wie – jeżeli uzadaniowiliśmy jakieś działanie, będziemy realizować je szybciej i sprawniej, to chociaż początkowo wyda nam się, że zaoszczędzony czas przeznaczymy na odpoczynek, prawie na pewno wypełnimy go nowymi zadaniami. W rezultacie, im będziemy efektywniejsi, tym więcej będziemy mogli zrobić i tym bardziej będziemy przeciążeni. Dobry, sprawny menadżer, psycholog, lekarz czy ksiądz, pracując z ludźmi i pracując dobrze, szybko zetknie się z propozycjami, by zrobił coś jeszcze i jeszcze, i jeszcze. Po pewnym czasie przeciążenia nie da się już zrekompensować snem lub krótkim urlopem. Człowiek w efekcie kumulacji zbyt wielu bodźców i utknięciu w nieustannym dążeniu do tego, co za chwilę, nie odnawia zasobów ani psychicznych, ani duchowych.

Druga pułapka polega na pokusie uzadaniowienia działań, których sens polega na byciu, a nie zmierzaniu, przez co wypaczona zostaje istota i jakiś, zwykle ważny, obszar życiowy ulega bolesnemu spłyceniu. Na przykład zamiana Pierwszej Komunii Świętej dziecka na projekt do realizacji – przez rodziców czy katechetów – prowadzi do sytuacji, w której jakość spotkania z Panem Jezusem będzie po prostu nieobecna. Uzadaniowieniu podlegać może kontakt ze sztuką. Czytałam kiedyś ogłoszenie w angielskim tygodniku reklamujące błyskawiczne przyswojenie skarbów literatury światowej. Dostojewskiego można było przeczytać w jeden dzień, niewiele dłużej zajmował Szekspir. Uzadaniowić można twórczość własną, jak próbowałam pokazać na przykładzie pisania artykułu. Częstemu uzadaniowieniu podlegają relacje, na przykład z dziećmi, które możemy planowo starać się: a) czegoś nauczyć (edukacja), b) czymś zająć (rozrywka), c) wzmocnić i wesprzeć (wychowanie), a wszystko to przełożyć na podzadania. Uzadaniowieniu może podlegać nawet nasza wewnętrzna modlitwa.

Opisane powyżej uzadaniowienie sfer życia, wymagających przede wszystkim i koniecznie obecności, powoduje odcięcie się od zasobów niezbędnych do rozwoju psychicznego i duchowego w danym zakresie. Człowiek zaczyna żyć w świecie stworzonym przez siebie: moje cele, moje plany, moje osiągnięcia… Odcina się tym samym od bogactwa świata zewnętrznego i wewnętrznej głębi niezbędnych do pełnego, twórczego życia i regeneracji zasobów.

W gabinetach psychologicznych coraz częściej mamy do czynienia z objawami wypalenia zadaniami. Przeciążony człowiek zaczyna utykać – coraz więcej czasu potrzebuje na regenerację, coraz bardziej jest zmęczony, nawet jeśli pracuje mniej niż dawniej. Praca, przedtem kusząca wyzwaniami, teraz wydaje się za trudna albo pozbawiona sensu, nawet jeśli, rozumowo oceniając, ma sens i znaczenie. Mobilizacja do jakiegokolwiek, choćby najbłahszego zadania jest niesłychanie kosztowna, a niewielkie już trudności wywołują przerażenie.

Pacjenci w tym stanie mówią zwykle: „Najbardziej potrzebuję, by nikt niczego ode mnie nie chciał”. Rośnie dramatycznie potrzeba wspierającej relacji i chociaż człowiek jeszcze walczy (ma przecież wiedzę, ma umiejętności, dlaczego nie może z nich korzystać?!), zwykle podstawowym lekarstwem obok psychoterapii jest przerwa w pracy, której zresztą już i tak na tym etapie nie jest w stanie wykonywać. Ludzie siedzą całymi dniami i nic nie robią. Patrzą na świat, jakieś chmury, słońce, ogród czy park i powoli wracają do siebie. Zaczynają rozumieć, że tym razem szybciej się nie da. Jedynym lekarstwem jest powrót do obecności.

Tym z nas, którzy nie zaszli jeszcze tak daleko w uzadaniowieniu swojego życia, ale widzą już, że zadania wkradły się i opanowały zbyt wiele rejonów, zalecam postawienie granic. Kiedyś problemem było „być czy mieć”, obecnie „być czy dążyć, zmierzać”. Bycie jest w defensywie i musimy je chronić.