O wypaleniu

Pytania i odpowiedzi
Życie Duchowe • LATO 79/2014
Fot. Józef Augustyn SJ

Czy głęboko wierzący człowiek może uniknąć kryzysu w życiu duchowym?

Nikt nie może uniknąć ludzkiego i duchowego kryzysu, jeśli chce wzrastać, ponieważ wzrasta się poprzez krzyż, walkę i zmaganie. Tylko przez wysiłek i pracę nad sobą można tworzyć jakąś nową rzeczywistość. Małe dziecko buduje sobie świat, ale kiedy dorasta i staje się nastolatkiem, nie przystaje on do nowej sytuacji, musi więc go zburzyć i zbudować nowy. Z kolei świat nastolatka nie przystaje do świata młodego człowieka, który zaczyna budować więzi narzeczeńskie, małżeńskie, rodzinne i zawodowe. Ponownie potrzebny jest wysiłek tworzenia nowej rzeczywistości.

Ludzkie życie to nieustanne budowanie i burzenie. Możemy powiedzieć za Koheletem: jest czas burzenia i czas budowania (Koh 3, 3). Tyle że burzymy nie po to, by niszczyć. Nasze burzenie winno być raczej swoistą rezygnacją z tego, co mniej doskonałe i na niższym poziomie, na rzecz tego, co bardziej doskonałe i na wyższym poziomie. Tę niemal potrzebę kryzysu w życiu ludzkim doskonale oddaje teoria dezintegracji pozytywnej Kazimierza Dąbrowskiego. Integrujemy pewien świat, pewną rzeczywistość, ale w określonym momencie musimy go opuścić i z elementów podobnych do wcześniejszych stworzyć coś nowego. Proces ten przypomina obumieranie ziarna, o którym mówi Jezus: Jeśli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity (J 12, 24).

Oczywiście kryzys kryzysowi nierówny. Niektóre wynikają z naturalnego rozwoju człowieka, inne to skutek moralnego nieładu, wewnętrznego chaosu i nieuczciwości. Bywają też kryzysy spowodowane wyrządzoną krzywdą, załamaniem nerwowym czy chorobą psychiczną. Kryzys duchowy jest więc pojęciem bardzo rozległym i w konkretnej sytuacji trzeba rozeznać, jakie są jego przyczyny.

Każdy kryzys można potraktować jednak jako punkt wyjścia do budowania życia „od nowa”. Utrata pracy, zmiana miejsca zamieszkania, doznana krzywda, zdrada współmałżonka to oczywiście bardzo kryzysowe sytuacje, ale także one mogą stać się nowym początkiem. Warto na każdy kryzys patrzeć od strony pozytywnej, traktować go jako daną od Boga szansę. W życiu wszystko może być pożyteczne.

 

Czy niechęć do samego siebie i postrzeganie siebie jako kogoś najgorszego ze wszystkich to także przejaw pychy, koncentracji na sobie prowadzącej do zniechęcenia sobą i wypalenia?

To bardzo ważne pytanie. Jeśli odpowiemy na nie twierdząco i do wszystkich naszych ujemnych stron dołożymy jeszcze pychę, możemy w ten sposób wpaść w zupełny dołek. Dlatego w patrzeniu na siebie nie powinno się zaczynać od oskarżania się.

Niska samoocena, poczucie pogardy do siebie pojawiają się najczęściej u osób niekochanych, surowo osądzanych, odrzuconych i skrzywdzonych. Ludzie, których nikt nigdy bezinteresownie nie kochał, nie potrafią kochać, także siebie. W osobach surowo osądzanych, na przykład w dzieciach, którym ojciec i matka nieustannie powtarzają, że nic nie potrafią, rodzi się niechęć do siebie. Ludzie odrzuceni są przekonani, że na miłość i akceptację, również siebie samych, muszą sobie zasłużyć, spełniając określone warunki.

Dla postawy odrzucenia siebie charakterystyczna jest nieustanna autoobserwacja z domieszką podejrzliwości i porównywanie się z innymi. Sprzyja temu postawa rodziców, którzy bardzo często porównują swoje młodsze dzieci ze starszymi lub odwrotnie albo z dziećmi sąsiadów czy znajomych. Przeważnie wynikają z tego niesprawiedliwe, wręcz brutalne oceny, które powodują u dziecka negację samego siebie. Ważne, by zrezygnować ze śledzenia swoich wad i niedoskonałości, z badania, jak wypada się w porównaniu z innymi.

Niechęć do samego siebie może być przejawem pychy, jeśli wynika z próby zadowolenia swojego nienasyconego „ja”. W tej pogoni za nasyceniem swojego „ja” człowiek zapomina jednak, że nie pomoże mu w tym żaden sukces. Kariera, osiągnięcia, stopnie naukowe, bogactwa, konsumpcja nie doprowadzą do miłości siebie. Mądrej miłości siebie może przysłużyć się mądra przyjaźń z drugim człowiekiem oraz poczucie, że jest się przez kogoś szanowanym i kochanym. Jeśli człowiek czuje się kochany, łatwiej mu pokochać samego siebie. Stąd warto budować i szukać takich relacji, w których możemy być kochani i kochać bezinteresownie.

Trzeba jednak pamiętać, że doświadczenie ludzkiej miłości jest zawsze w jakiś sposób ograniczone. Dlatego ostatecznym źródłem doświadczenia miłości siebie samego jest miłość Boga: absolutna i bezwarunkowa. Warto zagłębić się w prawdę, że Bóg kocha mnie nie dlatego, że jestem dobry czy doskonały, ale dlatego że zostałem przez Niego stworzony, że jestem Jego dzieckiem. A jeśli Bóg mnie kocha, to ja nie mam prawa nie kochać siebie samego. Jeśli Bóg mnie przyjmuje, ja nie mogę siebie odrzucać. Jeśli Bóg mnie szanuje, ja także muszę się szanować. To doświadczenie wiary staje się ostatecznym i najpełniejszym źródłem autentycznej miłości siebie, która broni nas zarówno przed niechęcią do siebie, jak i przed odrzuceniem i wypaleniem.

 

Czy pustka egzystencjalna, zniechęcenie, depresja i rozpacz zawsze są winą człowieka? Czy także Pan Bóg może dopuścić na człowieka taki stan oschłości?

Pustka, zniechęcenie do życia czy rozpacz to niestety często konsekwencje stylu życia danej osoby, podejmowanych decyzji, zachowania, przeżytych doświadczeń, zaniedbania moralnego i duchowego. Ile w tym jest ludzkiej winy i odpowiedzialności, trudno oceniać. Najczęściej bowiem nasze działania wpływające na poczucie pustki czy zniechęcenie pozostają nieuświadomione. Rzeczywiście jednak życie chaotyczne, rozbite, niemoralne i wbrew swojemu sumieniu rodzi pustkę, a nieraz stan, który można określić jako depresyjny. Ale – jak mówiłem – to pewne konsekwencje, skutki. Trudno oceniać, ile w tym winy moralnej człowieka. Jeśli na przykład ktoś nie został wychowany w poczuciu konieczności przestrzegania zasad moralnych, czy można go za to winić?

Depresja w sensie ścisłym jest natomiast chorobą do końca niezbadaną i niełatwą do zdefiniowania. Można opisać jej objawy i wskazać, co na nią wpływa. Mówi się w tym kontekście o szczególnej wrażliwości, podatności na zniechęcenie do życia, oddziaływaniu środowiska. Na przykład wiele osób poniżanych w swoich rodzinach po latach upokorzenia w końcu wpada w depresję, nie widząc sensu własnego życia. Wpływ na pojawienie się depresji może mieć także styl życia czy współczesna kultura.

Depresja jest pewnym zamknięciem się w sobie, izolacją, pogardą do życia. Człowiek żyje jakby dla siebie, w sobie i sobą. Nie ma w tym radości życia, tylko strach. Jak żyć, by cieszyć się życiem? W stanach ciężkich konieczna jest oczywiście interwencja psychiatry i pomoc farmakologiczna. Nasze rady tu nie odnoszą się do ciężkiej klinicznej depresji, ale do stanu zmęczenia, emocjonalnego zniechęcenia, które potocznie również określa się mianem depresji i które często nas dotykają. Pojęcie depresji bywa dziś niestety nadużywane.

Jak żyć, by poczuć smak życia? Pan Jezus bardzo wyraźnie mówi, co robić. Trzeba zaprzeć się samego siebie i ofiarować się drugiemu (por. Łk 9, 23), rezygnując równocześnie z chciwości na władzę, przyjemności, szczęście. Leszek Kołakowski powiedział kiedyś, że życie może być piękne, jeśli człowiek zrezygnuje z nerwowego szukania swojego szczęścia. Czyż jednak wcześniej tego samego, innymi słowami, nie powiedział Jezus w swojej nauce o rezygnacji z siebie?

Tak naprawdę człowiekowi szkodzi uparte trzymanie się siebie, swojej wizji szczęścia, przyjemności, wymyślonego przez siebie celu życia, władzy nad innymi. O tej ostatniej można by wiele mówić, bo to prawdziwa trucizna. Kto się podda żądzy władzy, niszczy siebie i innych. Podkreślali to wielokrotnie między innymi ci (by powołać się na doświadczenie najtrudniejszych sytuacji), którzy przeszli przez rzeczywistość więzień, łagrów czy obozów koncentracyjnych, gdzie grupa ludzi miała nad więźniami władzę wręcz absolutną: Aleksander Sołżenicyn, Warłam Szałamow, Eugenia Ginzburg. Kto podda się żądzy władzy, jest stracony, chyba że się nawróci i uzna, że ma nad sobą władzę wyższą.

Jak czynniki duchowe czy moralne wpływają na zniechęcenie do życia, może tak naprawdę ocenić każdy sam w swoim sumieniu. Tego nie oceni psycholog. Nawet ksiądz w konfesjonale nie może powiedzieć swojemu penitentowi: „Prowadzisz życie niemoralne i dlatego wpadłeś/wpadłaś w zniechęcenie i rozpacz”. Tak mówić nie wolno, ale nie wolno mówić także, że życie niemoralne nie wpływa na zniechęcenie. By jednak odkryć, w jakim stopniu wpływa, potrzebna jest łaska Ducha Świętego, poznanie swoich grzechów i ich skutków w naszym życiu. Trzeba światła z góry, by się przyznać do tego przed sobą.

Co jest przyczyną naszego zniechęcenia, braku radości i depresji, możemy ocenić tylko my sami przez wgląd w siebie i poznanie samego siebie. Często jednak brakuje nam potrzebnej do tego intuicji. Dlatego warto skonsultować się w kierownictwie duchowym czy w terapii. Cała trudność polega na tym, że w terapii psychologicznej czy w kierownictwie duchowym pokazujemy jedynie część siebie. Upraszczając, możemy powiedzieć, że idąc do terapeuty, pokazujemy tylko sferę emocjonalną, a idąc do księdza – grzechy. Emocje to nie wszystko. Grzechy to nie wszystko. Często brakuje nam całościowego wglądu w siebie. Tymczasem problem zniechęcenia do życia należy ujmować integralnie i brać pod uwagę wszystkie elementy.

Ludzi chorych na depresję nie wolno oskarżać, że sami są temu winni. Nie wolno też samemu robić sobie tak drastycznego rachunku sumienia: „To moja wina”. Takie podejście w niczym nie pomaga. Rachunek sumienia warto natomiast robić, kiedy czujemy się lepiej. O niebezpieczeństwie depresji trzeba mówić ludziom zdrowym, w pełni sił, u których nie widać przejawów depresji, a którzy lekceważąc pewne fundamentalne zasady życia, „pracują” na swoją depresję. Jeśli ktoś żyje przeciw własnemu sumieniu, krzywdzi ludzi, porzuca żonę/męża, odchodzi od dzieci, łamie swoje zasady, co ma mu dawać radość życia?

Człowiek żyje miłością. To ona daje mu radość. Kiedy czuje się kochany, widzi sens życia. Kiedy sam kocha, doświadcza radości i piękna życia. Także mały człowiek – dziecko, które nie jest kochane, staje się smutne, przygnębione, nie cieszy go perspektywa życia, które ma przed sobą. Jezus powiedział, że więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu (Dz 20, 35).

 

Jak radzić sobie z mężem, który jest uparty i wszechwiedzący, by nie doprowadzać do kłótni, kryzysu i małżeńskiego wypalenia?

Po stylu pisma widać, że pytanie to zadała osoba starsza, zapewne mająca duże doświadczenie. Proszę z niego skorzystać. Często szukamy pomocy innych, na przykład psychologów, lekceważąc własne doświadczenie. Trzeba zasięgnąć rady u samego siebie, w swojej historii życia. Historia przecież jest najlepszą nauczycielką i mistrzynią życia, także naszego. W niej człowiek ma wszystko zapisane, ale u psychologa szuka odpowiedzi na pytanie o to, jak żyć. Mądry psycholog pomoże nam w analizie historii naszego życia. Zachęci, byśmy posłuchali swojego serca, rozumu, duszy, w których zawarta jest mądrość życiowa, i z niej wyciągnęli naukę dla siebie.

W życiu trzeba też czasami się pokłócić. Kłótnie są czymś normalnym i oczywistym, bywają nawet kłótnie piękne. Św. Paweł mówi: „Kłóćcie się…”. To brzmi niemal jak nakaz. Apostoł Narodów dodaje jednak od razu: a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce (por. Ef 4, 26). Kłóćcie się, ale się nie upokarzajcie. Kłóćcie się, ale szanujcie się wzajemnie. Kłóćcie się, ale jednocześnie się kochajcie.

Dlatego powinniśmy pytać nie: „Jak radzić sobie z mężem?”, ale: „Jak radzić sobie ze sobą?”. Jeśli przez dwadzieścia, trzydzieści lat małżeństwa nie udało się zmienić męża, to lepiej już tę „ciężką pracę” zarzucić i pozwolić, by mąż był uparty. Uszanować jego dumę. Może w ten sposób zaznacza swoje pragnienie wolności? Bóg jeden wie, co się nieraz kryje za jego dumą. Dla bardzo wielu mężczyzn poczucie wolności jest rzeczą świętą, której bronią z całych sił. Rozmawiałem kiedyś z dobrze zarabiającym mężczyzną. Mimo wysokiej pensji, brał dużo zleceń dodatkowych. Zapytałem, po co to robi, skoro ma dość pieniędzy. Odpowiedział, że o tych dodatkowych nie wie żona. Znalazł sobie mały „ogródek wolności” w wielkim folwarku kontrolowanym przez żonę.

Kobiety mają swoje sposoby radzenia sobie z mężczyznami, proszę więc sięgnąć do tego arsenału. Najważniejsze jednak, by w tym wszystkim swojemu wszystkowiedzącemu „uparciuchowi” okazywać życzliwość, szacunek i miłość. Kochać go takim, jaki jest. Gdyby był „świętym” mężem, miłość do niego byłaby łatwa, nic by nie kosztowała. Kochać uparciucha – to jest już bardziej wymagające.

 

Mam dwoje małych dzieci. Uważam, że jako matka jestem dla nich najlepszą opiekunką. To jednak bardzo wyczerpujące, czasochłonne i wypalające. Czy powinnam prosić o pomoc nianię lub babcię, czy raczej starć się radzić sobie sama? Tak robiłam do tej pory.

„Czy powinnam prosić o pomoc nianię lub babcię?” Dlaczego nie zwrócić się z tą prośbą także do męża? Tu według mnie jest problem. Matka chce prosić o pomoc wszystkich, tylko nie ojca dzieci. Rada, może wymagająca i trudna dla kobiety, brzmi: Proszę tak wychować sobie męża, by pomagał i angażował się w wychowanie dzieci. Oczywiście można zwracać się o pomoc do innych osób: niani, babci, cioci. Jednak dla dobra dzieci w ich wychowaniu powinien pomagać przede wszystkim ojciec. Trzeba włączać męża w sprawy rodziny i domu. W jaki sposób? To dylematy życiowe, przed jakimi stajemy. Tu nie może wiele podpowiedzieć człowiek, który nie zna dokładnie sytuacji rodzinnej, charakterów i doświadczeń małżonków. Tak naprawdę każde wyjście z sytuacji można zracjonalizować, elokwentnie uzasadnić, znaleźć argumenty przemawiające za zatrudnieniem niani albo za poproszeniem o pomoc babcię.

Trzeba przede wszystkim osobiście rozeznać całą sytuację. Co sprawia, że opieka nad dwójką dzieci tak męczy? Bywają rodziny wielodzietne i matki nie są aż tak bardzo zmęczone. Nieraz wyczerpuje styl życia, nieustanne przejmowanie się, ciągły lęk. Wówczas podejmowany wysiłek nie przynosi większych pozytywnych skutków: ani dla matki, ani tym bardziej dla dzieci. Czasem męczące bywają rzeczy drugorzędne i zbędne, nad którymi niepotrzebnie się zatrzymujemy.

Warto o tym, co nas męczy, porozmawiać z jakimś dobrym doradcą rodzinnym, terapeutą, a może po prostu z mężem – żoną. Poszukajmy kogoś, kto mógłby nam podpowiedzieć, co robić, jak wychowywać dzieci, jak rozeznawać dziecięce zachcianki. Nie jest przecież tak, że musimy spełniać wszystkie kaprysy swoich pociech, ale też nieludzkie byłoby ucinać sucho wszystkie „kapryśne” prośby dziecka. Dziecko to dziecko i ma swoje prawa.

W pytaniu jest też mowa o braku czasu. Warto zastanowić się, dlaczego nam go brakuje. Owszem, kiedy dzieci są małe, wymagają czasu i uwagi. Jeśli jednak mają osiemnaście lat, rodzice nie muszą się już tak męczyć. Mogą się trochę pomęczyć także same dzieci.

 

Zauważam, że problem wypalenia, przynajmniej w moim środowisku, częściej dotyka osób samotnych. Większość z nas nie ma własnego życia, bo całkowicie wypełnia je praca, dziesięcio- czy nawet dwunastogodzinna. W ten sposób zamyka się pewne koło. Od czego zacząć przebudowę obecnego schematu? Czy problem tkwi w organizacji, w braku asertywności, w manipulacji otoczenia?

Sytuacja opisana w tym pytaniu jest bardzo prawdziwa i nierzadko się zdarza. To pytanie nie jest tu wyjątkowe. W kierownictwie duchowym osoby samotne często jako najważniejsze wyznają swoje problemy w pracy, z szefem, w relacjach zawodowych, dotyczące pominięcia przy awansie. Kobiety czy mężczyźni mający rodzinę, dzieci, zmagający się z problemami małżeńskimi i wychowawczymi, rzadko albo prawie wcale nie rozmawiają w kierownictwie duchowym na tematy zawodowe. Zwykle mówią o problemach z mężem – żoną, z dziećmi, o modlitwie, o życiu duchowym, o kwestiach moralnych. Ich praca zawodowa w dialogu kierownictwa jest w tle, nawet jeżeli mają trudności, to wiedzą, że wobec problemów rodzinnych, duchowych i moralnych są one raczej drugorzędne.

Osoby samotne, które długo nie mogą zdecydować się na wybór stanu życia i nie chcą się przyznać, że mają poważny problem, mówią nieraz bardzo dużo o pracy. Wydaje się jednak, że może to być tak naprawdę problem zastępczy. Dłuższa rozmowa kierownictwa duchowego pokazuje nieraz, że ich prawdziwym problemem jest samotność oraz brak perspektywy małżeńskiej i rodzinnej na przyszłość. Bywa, że osoby te w pracy szukają tego, co tak naprawdę mogą otrzymać tylko w intymnych relacjach narzeczeńskich, małżeńskich i rodzinnych. To niekiedy klasyczne przenoszenie osobistych problemów na płaszczyznę społeczną i zawodową. Taką sytuację należy jednak traktować ze zrozumieniem, ponieważ pytania dotyczące kwestii rodzinnych i małżeńskich są nieraz zbyt bolesne.

Kiedy przychodzi na rozmowę kobieta czy mężczyzna po trzydziestce i zaczyna mówić z ogromnym zaangażowaniem emocjonalnym o pracy, o konfliktach z szefem i współpracownikami, to nierzadko okazuje się, że osoba ta nie ma rodziny, a w dodatku pada też powierzchowne stwierdzenie, że nie jest to problem. To jednak nieprawda, bo przecież niedobrze jest żyć człowiekowi samemu (por. Rdz 2, 18). Bywa niestety, że to problem wstydliwy, ukrywany, zamaskowany, a zwrócenie na to uwagi może być bardzo źle przyjęte przez daną osobę. Dotyczy to zarówno mężczyzn, jak i kobiet.

Natomiast osoby, którym tak się życie ułożyło, że żyją samotnie, a jednocześnie akceptują tę sytuację i mają do niej dystans, nie traktują pracy i problemów z nią związanych jako istotnych dla życia osobistego.

Osoby samotne muszą zrobić coś dobrego ze swoją samotnością. Mają one przed sobą bardzo ważne i trudne pytania: Komu oddać swoje życie? Komu się poświęcić? Dla kogo żyć? Komu zostawić dorobek i mądrość swojego życia? W kim szukać oparcia i pomocy w chwilach choroby czy innych trudności? Fałszywe udawanie, że życie w samotności wymuszonej przez trudne okoliczności nie jest żadnym problemem, bywa swoistym złudzeniem i sprawy nie rozwiązuje. W każdej kobiecie, w każdym mężczyźnie tkwi przecież głębokie pragnienie intymnej relacji, rodzicielstwa.

Co dana osoba ma zrobić ze swoją samotnością? Tu nie ma prostych rozwiązań. Nikt z zewnątrz nie może mechanicznie udzielić na to pytanie odpowiedzi. Każda osoba samotna musi je rozwiązać osobiście, indywidualnie, odwołując się do własnego serca, rozumu, doświadczania życiowego, a nade wszystko do swojej relacji z Bogiem.

Nawiązując do zadanego pytania, najprawdopodobniej przedstawione trudności w pracy to nie kwestia złej organizacji, braku asertywności czy manipulacji przez otoczenie. Tak naprawdę to problem głęboko duchowy, ale trudno tu o proste odpowiedzi typu: „Proszę się więcej modlić”. To powinni czynić wszyscy. Ogromną pomocą mogą okazać się dłuższe rekolekcje dotyczące wyboru stanu życia, regularnie prowadzone życie duchowe, kierownictwo duchowe, w trudniejszych sytuacjach terapia psychologiczna, a nade wszystko wytrwała modlitwa o światło Ducha Świętego, by móc w swojej sytuacji – takiej jaką ona jest, pełnić to, czego Bóg od nas pragnie.

Zapraszamy do lektury całego artykułu w letnim numerze pisma.