Czy Afryka umiera na AIDS?

Z Henrykiem Prillem SJ, bratem zakonnym, misjonarzem pracującym w Zambii, rozmawia Józef Augustyn SJ
Życie Duchowe • JESIEŃ 48/2006
Dział • Rozmowy duchowe
Br. Henryk Prill SJ (1955-2021)

Od wielu lat pracuje Brat w Zambii jako misjonarz, a przez ostatnie dziesięć posługuje chorym na AIDS. Czy prawdziwe jest stwierdzenie: „Afryka umiera na AIDS”?

Jest w nim niestety wiele prawdy. Afrykanie potrzebują przede wszystkim edukacji i nadziei. Zambijczycy często naiwnie sądzą, że ta choroba może się przytrafić wszystkim innym, tylko nie mnie. Dlatego niejednokrotnie za chwilę przyjemności płacą najwyższą cenę: nieodwracalną, stosunkowo szybką śmierć.

Parę lat temu pracowaliśmy jedynie wśród młodzieży, ale po pewnym czasie okazało się, że to nie wystarczy. Żeby im naprawdę pomóc, trzeba w ten proces włączyć także rodziców, bo to oni dawali zły przykład. Z tego też powodu staramy się uświadamiać również dorosłych. Od trzech lat prowadzimy więc całotygodniowe spotkania dla rodziców. Pomysł takiej akcji uświadamiającej przyszedł do nas z Ugandy, gdzie kiedyś było najwięcej zachorowań na AIDS.

Jak wygląda sytuacja chorych na AIDS w waszej parafii?

Nasza parafia, która liczy około pięćdziesięciu pięciu tysięcy ludzi, przed moim przyjazdem do Polski miała ponad siedmiuset chorych, i to chorych wymagających stałej opieki. To bardzo dużo. Jest ich oczywiście dużo, dużo więcej, ale znajdują się we wcześniejszym stadium choroby. Warto dodać, że na samo AIDS nikt jeszcze nie umarł, trzeba być chorym jeszcze na coś. U nas najcięższą chorobą jest gruźlica: około 70-80 proc. zarażonych to gruźlicy. Wszyscy oni dostają lekarstwa za darmo. Pomagamy też, dając żywność, ale dotyczy to tylko stu pięćdziesięciu osób. Na więcej nas po prostu nie stać. Zajmujemy się nie tylko katolikami, chociaż oni stanowią większą część chorych, ale absolutnie wszystkimi, bo dla nas ważny jest człowiek, a nie przynależność do religii. Nasi współpracownicy, którzy wraz z nami opiekują się chorymi, także pochodzą z różnych Kościołów chrześcijańskich, a nawet z innych wyznań.

Jak zorganizowana jest stała opieka nad osobami poważnie chorymi, o której Brat wspominał?

Przede wszystkim otrzymują pomoc medyczną. Nie mówi się im, że są zarażeni, chyba że ktoś chce zrobić testy. Rząd i ministerstwo zachęcają do tego, my raczej nie.

Skąd w takim razie wiecie, że są chorzy?

Z doświadczenia, wystarczy popatrzeć. Testy mają pomóc głównie im samym, bo jednak świadomość choroby, mimo że jest szokiem dla człowieka, wiele daje. Chorzy poddawani są terapiom, przyjmują odpowiednie lekarstwa, dostają lepsze jedzenie. To wszystko pomaga im trochę dłużej żyć. Od nas dostają, tak jak wspomniałem, żywność: 25 kg mąki kukurydzianej, 4 kg fasoli, 2 l oleju i 5 kg ziół. W pomocy chorym współpracuje ze mną pięćdziesiąt pięć osób. To one pomagają w karmieniu, sprzątaniu, gotowaniu obłożnie chorym. Są też dwie pielęgniarki zatrudnione na pełny etat. Rozdają lekarstwa nie tylko przy kościele, ale także odwiedzają chorych w domu. Jeśli trzeba dowieźć chorego do szpitala, również to robimy.

Czy to znaczy, że chorzy mieszkają w swoich domach?

Tak, większość chorych pozostaje w swoich domach. Nie mamy możliwości, by ich utrzymywać. Nie posiadamy hospicjum, w całej Zambii powstało dopiero kilka takich placówek. A jeżeli już jest hospicjum, to i tak nie pomieści zbyt wielu osób. Chodzi nam też o to, żeby w tych ciężkich chwilach chorzy mieli jak najlepszy kontakt z najbliższymi. Uświadamianie rodziny w sytuacji chorego umacnia więź rodzinną, a dla Zambijczyków jest ona ważna.

Jaki jest średni wiek chorych w waszej parafii?

Są to przede wszystkim młodzi ludzie. Najwięcej osób – zarówno mężczyzn, jak i kobiet – choruje między piętnastym a trzydziestym rokiem życia. Większość stanowią jednak kobiety. Z pomocą chorym jakoś dajemy sobie radę. W tej chwili większy kłopot mamy z osieroconymi dziećmi. Większość śmiertelnych zachorowań dotyczy ludzi młodych, a przez to i najbardziej płodnych, mających po kilkoro dzieci. Gdy umierają – one zostają same. W Zambii jest bardzo mało sierocińców, a jeśli są, to tylko te prowadzone przez siostry zakonne. Mimo że w społeczności afrykańskiej sieroty nie są całkowicie odrzucane, bo rodziny starają się je przyjąć, to jednak problem istnieje i jest poważny. Rodzicom, którzy mają kilkoro dzieci, ciężko jest zaopiekować się jeszcze kilkorgiem dzieci zmarłych krewnych. Sytuacja w takiej rodzinie staje się więc bardzo ciężka, szczególnie jeśli chodzi o edukację, ponieważ szkoły w Zambii są płatne. Tu tkwi nasz problem, z którym staramy się jakoś uporać. Jednak do tej pory nie udaje nam się znaleźć rozwiązania. Mamy za mało środków, by te dzieci posyłać do szkół. W tragicznej sytuacji są przede wszystkim dziewczęta, bo to one stanowią niższą kastę zambijskiego społeczeństwa. Chłopak ma większe szanse na naukę niż dziewczyna.

Wiele też osieroconych dzieci znajduje się po prostu na ulicy. Narkotyki, rozwiązłość seksualna sprowadzają ich na dno. To jest właśnie motor, który przyspiesza rozwój AIDS: młodzież na ulicach, brak możliwości edukacji, brak perspektyw… W Zambii praktycznie nie ma żadnych innych rozrywek dla młodych ludzi poza alkoholem i seksem. W tym kręgu toczy się ich całe doczesne życie.

Jakie działania przeciw temu podejmuje państwo?

Państwo robi bardzo niewiele, głównie ogranicza się do reklam środków ochrony przed zarażeniem, czyli prezerwatyw. Jest zbyt biedne, by organizować rzeczywistą pomoc. Rządzący sami zagubili się w tym problemie. Przerasta on ich możliwości i finansowe, i mentalne.

My, pracując bezpośrednio z ludźmi, już osiemnaście lat temu zauważaliśmy problem AIDS. Niepokojąca była przede wszystkim szybkość rozszerzania się tej choroby. Rozmawialiśmy wtedy z tamtejszymi władzami, ale oni całą sprawę zlekceważyli. Dopiero od kilku lat zaczęło się więcej mówić o AIDS w mediach. Jednak na tym koniec.

A Kościół? Czy w innych parafiach również jest organizowana podobna pomoc, czy tylko w parafii jezuitów?

Jezuici faktycznie kładą duży nacisk na tę pomoc, byli i są w dalszym ciągu jej motorem. Jeden z naszych profesorów, pracujący na uniwersytecie, jest bardzo zaangażowany w tę sprawę i przedstawia problem zambijskiego AIDS na całym świecie. Ale chorymi zajmują się księża we wszystkich parafiach katolickich. Praktycznie cały Kościół katolicki stara się stawić czoła temu problemowi. Jest to zadanie na pewno trudne, ale mamy nadzieję, że nasza praca w przyszłości przyniesie pożądany efekt.

Osiem czy dziewięć lat temu w naszej parafii było siedmiuset osiemdziesięciu chorych. Teraz ta liczba zmniejszyła się – jest niewiele ponad siedemset. Czy to jest efekt naszej pracy? Nie wiem. Pozytywne jest to, że coraz więcej osób, szczególnie rodziców, przychodzi na organizowane przez nas spotkania. W każdym spotkaniu bierze udział około osiemdziesięciu osób. W ciągu roku organizujemy pięć spotkań dla młodzieży i cztery dla rodziców. Programem uświadamiającym obejmujemy rocznie kilkaset osób. To już jest coś.

Jak szybko umierają zarażeni na AIDS?

Wiele zależy od stylu życia. Wiadomo, że organizm, który dostaje lekarstwa, lepsze wyżywienie, ma szanse na dłuższe życie. Kolejnym problemem jest psychika człowieka, jak w przypadku każdej nieuleczalnej choroby. Ważne jest, by się nie poddawać, mieć silną wolę przetrwania. W tej kwestii nie ma znaczenia, czy to jest człowiek, który ma dwadzieścia czy czterdzieści lat.

To jest wasze kolejne zadanie.

Tak. Ja, jako brat zakonny, nie mam wprawdzie władzy udzielania sakramentów, ale w trakcie spotkań z chorymi dużo rozmawiam na temat Boga, życia wiecznego. Fakt, że jestem bratem, nie przeszkadza mi w takich rozmowach. Ludzie, którzy są przygnębieni chorobą albo mają świadomość, że koniec jest bliski, przez takie rozmowy pogłębiają swoją wiarę. Bardzo często w tym czasie jednają się z Bogiem, ale i z drugim człowiekiem, z rodziną, regulują sprawy małżeńskie. Coraz częściej zdarzają się takie przypadki. To jest naprawdę piękne. Oczywiście, duszpasterstwo chorych na AIDS nie polega tylko na przygotowaniu ich na śmierć, ale także – wspominałem o tym na początku – na dawaniu nadziei.

Ale jak to robić? Przecież ci ludzie wiedzą, że zostało im bardzo mało czasu…

Przede wszystkim w czasie każdego spotkania z chorym modlimy się. Wszystko jest w rękach Boga i zdarzają się przypadki cofnięcia się choroby, szczególnie u zarażonych dzieci. Modlitwa jest podstawą naszego działania. Bóg daje nam swoje miłosierdzie i nadzieję zbawienia, mimo naszej grzeszności, zła, jakie do tej pory popełnialiśmy. On jest zawsze gotowy nam przebaczyć, tylko trzeba umieć Mu zaufać. Nasza praca z chorymi ludźmi polega przede wszystkim na tym, żeby pomóc im zaufać, by potrafili powiedzieć: „Jezu, ufam Tobie”. Wtedy łatwiej jest im zaakceptować swoją rzeczywistość. Przygotowujemy ich też do przyjęcia sakramentów, wyjaśniając ich znaczenie.

Wspominał Brat o tym, że istnieje niebezpieczne złudzenie, że choroba może spotkać każdego, tylko nie mnie. Czy jednak lęk przed chorobą, zwłaszcza wśród bardzo młodych ludzi, nastolatków, nie powstrzymuje ich przed wczesnym rozpoczynaniem życia seksualnego?

Niestety nie. Z rozmów, które przeprowadziłem z młodzieżą i ze starszymi, wynika, że zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale mają zakodowane, że i tak nie będą długo żyć. Dla nich uosobieniem długowieczności jest biały człowiek. Oni żyją dużo krócej. Twierdzą, że skoro i tak muszą umrzeć, to nie ma znaczenia kiedy. W ich podejściu do życia często widać niewiarę w możliwość jego trwania, wręcz fatalizm. Śmierć jest dla nich w jakimś stopniu tragedią, ale krótkotrwałą. Płacz towarzyszący pogrzebom, a nawet krzyk, nie wypływa jednak z głębi, jest raczej powierzchowny.

Jak Zambijczycy przyjmują waszą pomoc? Czy nie traktują jej jak przedłużenie obecności kolonialnej? Afrykańczycy są bardzo wrażliwi na punkcie wykorzystia, manipulacji przez białych, także wtedy kiedy ofiaruje się im pomoc.

W ciągu prawie dziewiętnastu lat mojej pracy w Zambii nigdy nie miałem takiego odczucia. Zambijczycy przyjmują nas bardzo serdecznie, szczególnie zaś misjonarzy. Owszem, słyszy się głosy, że to właśnie misjonarze ich zepsuli, ale oni sami bardzo pozytywnie do nas podchodzą, z wielką wdzięcznością za naszą pomoc. Gdy idziemy do slumsów albo do buszu, to nawet nie musimy mieć na sobie sutanny. Oni i tak wiedzą, że to misjonarz, bo nikt inny tam nie dotrze. Już małe dzieci, widząc nas, krzyczą: „Bambo”, czyli ojciec.

Brat spędzał teraz w Polsce kilka miesięcy. Z pewnością Brat opowiadał o Afryce w różnych miejscach. Czy polscy wierni są zainteresowani Afryką, misjami i misjonarzami? Czy to zainteresowanie wyraża się także przez pomoc materialną, w duchu jedności?

Byłem w kilku miejscach i cieszy mnie, że na takie spotkania przychodziło po kilkadziesiąt osób, głównie młodzież. Widzę, że, dzięki pracy biura misyjnego i niektórych programów katolickich, takich jak na przykład Ziarno, dzieci i młodzież zostały uwrażliwione na potrzeby misji. A przez to i rodzice, bo wiadomo, że pieniążki, które spadają na tacę czy do puszek misyjnych, w jakiś sposób do rączek dzieci trafiają. Moim zdaniem jest to wspaniała praca Kościoła, która uwrażliwia na potrzeby biednych. Są już tak zwani rodzice siostrzani – czyli zaprzyjaźnione rodziny, które pomagają afrykańskiemu dziecku w edukacji. Istnieją też siostrzane szkoły, które wspierają konkretne placówki w Afryce. Sądząc po owocach, jakie obserwuję, to wspaniała inicjatywa.

Czy szybkość rozprzestrzeniania się AIDS w Afryce może być przestrogą dla Polaków czy innych społeczeństw, środowisk ludzi młodych?

Nie tylko chciałbym, aby była, ale wydaje mi się, że już jest. Gdy mówię w różnych miejscach świata, że żyję w Afryce i pracuję wśród chorych na AIDS, ludzie patrzą na mnie z przerażeniem i pytaniem w oczach, czy nie boję się zarazić. Zdają sobie zatem sprawę, że takie zagrożenie istnieje. Mam nadzieję, że statystyki zachorowań i umieralności, które przychodzą z Afryki, dają ludziom wiele do myślenia. Oby im to pomogło w głębszym analizowaniu swojego codziennego życia i w podniesieniu moralności.