Kościół w Australii

Z Eugeniuszem Ożogiem, polskim jezuitą pracującym w Australii, rozmawia Józef Augustyn SJ
Życie Duchowe • JESIEŃ 56/2008
Dział • Rozmowy duchowe
Polski kościół pw. św. Stanisława Kostki w Polish Hill River (fot. Jacek Siepsiak SJ)

Australia to wielki kontynent, ale tak naprawdę mały kraj.

Rzeczywiście w Australii jest stosunkowo mało ludności. Na obszarze ponad siedmiu i pół miliona kilometrów kwadratowych żyje zaledwie dwadzieścia milionów mieszkańców. Dla porównania, w Polsce mamy trzydzieści osiem milionów mieszkańców, a nasz kraj jest przecież nieporównywalnie mniejszy od Australii. Wiąże się to przede wszystkim z niesprzyjającymi warunkami klimatycznymi. Centralna część kontynentu to przecież pustynia. Ludzie zamieszkują więc przede wszystkim wybrzeże nadoceaniczne.

Australia to kraj odległy od Europy, można jednak mówić o dużych podobieństwach do państw europejskich.

Australia należy do brytyjskiej Wspólnoty Narodów, stąd też podobieństwo do krajów anglosaskich jest rzeczywiście wielkie. To podobieństwo wyraża się w strukturze politycznej i gospodarczej, ale także można mówić o podobieństwach kulturowych.

Jak dużą grupę stanowią w Australii jej rdzenni mieszkańcy – aborygeni?

Jest ich około dwustu sześćdziesięciu tysięcy, a więc zaledwie 1,5 procent ogółu ludności. I chociaż jest to mała grupa, dziś zaczyna odgrywać coraz większą rolę. Aborygeni mieszkali na terenie Australii już około czterdziestu tysięcy lat temu. Kiedy jednak w drugiej połowie XVIII wieku na kontynent australijski przybył biały człowiek, zostali zepchnięci na margines życia społecznego i politycznego.

Czy aborygeni byli eksterminowani jak na przykład Indianie w Ameryce Północnej?

Wielu tak uważa. Toczy się jednak w tej kwestii spór i niektórzy twierdzą, że mówienie o eksterminacji aborygenów to duża przesada.

Kiedy przybyli do Australii brytyjscy osadnicy, powszechnie uważano tę ziemię za niczyją, a prowadzących koczownicze życie aborygenów za ludzi, którzy nie stworzyli wysokiej kultury. Poglądy te jednak w ostatnich dziesięcioleciach uległy zmianie. Dziś stwierdzić, że aborygeni nie stworzyli wysokiej kultury, to narazić się politycznej poprawności. Miejscowy parlament przyznał, że Australia przed przybyciem białych osadników należała do aborygenów i obecnie rdzenni mieszkańcy mogą wnosić pozwy do sądu o zwrot ich ziem. A trzeba tu wspomnieć, że w Australii jest wiele złóż rud żelaza, węgla kamiennego czy złota. Aborygeni mogą więc upomnieć się o nie, co oczywiście prowadzi do konfliktów z białą ludnością, wśród której opinie są podzielone.

Nie zmienia to jednak faktu, że aborygeni stali się dziś w Australii grupą uprzywilejowaną. Państwo zaczęło przeznaczać ogromne sumy na wspieranie ich. Pieniądze te jednak nie były przez aborygenów wykorzystywane do tworzenia struktur społecznych czy gospodarczych. Nie budowano za nie na przykład szkół. Przeznaczano je najczęściej na zakup towarów konsumpcyjnych, niejednokrotnie także na alkohol. Dlatego obecnie rząd zwraca większą uwagę na sposób zagospodarowywania wypłacanych pieniędzy.

Aborygeni z pewnością zostali skrzywdzeni przez kolonizację. Czy można jednak odwrócić proces, który rozpoczął się pod koniec XVIII wieku i zwrócić aborygenom ich ziemie? Czy nie jest to trochę anachronizm?

Dla aborygenów ziemia jest świętością, z ziemią wiązały się ich pierwotne wierzenia i kult religijny. Odebranie im „świętych zakątków” było głęboką niesprawiedliwością, stąd na pewno jakaś forma rekompensaty im się należy. Uznanie przez parlament, że Australia nie była ziemią niczyją, jest w tym kontekście oddaniem sprawiedliwości rdzennej ludności. Partie próbują jednak upolitycznić ten problem i przy jego okazji załatwić własne polityczne interesy.

W kontekście kolonizacji Australii i jej rdzennych mieszkańców mówi się o tak zwanym skradzionym pokoleniu. Czego dotyczy ta sprawa?

Na początku XX wieku dzieci aborygenów, którzy znaleźli się w obszarze wpływów Anglików, trafiały do szkół, ochronek i sierocińców prowadzonych przez anglikańskich i katolickich misjonarzy. I właśnie o tych dzieciach mówi się „skradzione pokolenie”. Jest to jednak moim zdaniem duża przesada. Trudno tu bowiem mówić o jakichś porwaniach aborygeńskich dzieci. Były one niejednokrotnie porzucane przez rodziców i dlatego trafiały do misyjnych placówek. Często jednak misyjna szkoła czy sierociniec, prowadzone na zachodnią modłę, stawały się dla dziecka przyzwyczajonego do całkowitej wolności miejscem bardzo surowym i ciężkim do zaakceptowania.

Faktem pozostaje jednak i to, że spośród tak zwanego skradzionego pokolenia wywodzi się elita społeczności aborygeńskiej. Dzieci, które trafiły do misyjnego sierocińca, miały bowiem szansę nie tylko na przeżycie, ale także na wykształcenie.

Czy aborygeni przeszli na chrześcijaństwo?

Znaczna ich część przeszła na chrześcijaństwo i tylko nieznaczny odsetek pozostał przy wierzeniach pierwotnych. Szczególnie aborygeni żyjący w północnej i środkowej części kontynentu kultywują pewne tradycyjne obrzędy. Oni też posługują się rodzimym językiem.

Australia jest krajem chrześcijańskim. Chrześcijanie – katolicy, anglikanie i unitarianie – stanowią blisko 70 procent ogółu ludności. Spośród innych wyznań najliczniejsi są buddyści, muzułmanie i wyznawcy islamu, ale ich łączna liczba nie przekracza 4 procent mieszkańców.

W Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych mówi się o kryzysie Kościoła katolickiego. Czy podobny kryzys przeżywa także Kościół w Australii?

Kryzys nie ominął i Kościoła australijskiego, ale wydaje mi się, że obecnie wielu Australijczyków dostrzega wartość katolicyzmu. Kościół katolicki staje się coraz bardziej atrakcyjny. Ludzie, szukający oparcia i autorytetu, cenią zdecydowaną postawę Kościoła katolickiego i stojącego na jego czele Papieża, który nie ulega presjom politycznym czy modom, ale w sposób nieugięty broni zasadniczych wartości. Ważne jest w tym kontekście porządkowanie pewnych poglądów teologicznych i moralnych. Hierarchia Kościoła katolickiego jasno i zdecydowanie rozstrzygnęła te sprawy, pozostając przy tradycyjnej nauce Kościoła. I myślę, że właśnie ta wierność tradycji, w dobrym tego słowa znaczeniu, jest bliska Australijczykom. Znalazło to swoje odzwierciedlenie we wzroście miejscowych powołań kapłańskich z kilku do kilkunastu rocznie. Nie jest to oczywiście wzrost radykalny, który mógłby zaspokoić wszystkie duszpasterskie potrzeby Australii, ale cieszy i to.

Ojciec pracuje wśród Polonii australijskiej. Proszę powiedzieć, jak liczna jest w Australii ludność polskiego pochodzenia i czy podobnie jak w przypadku Polonii amerykańskiej Polacy w Australii kultywują swoje tradycje narodowe i religijne?

Trudno mi porównywać Polonię australijską z amerykańską, ponieważ tę ostatnią znam bardzo powierzchownie. Na pewno Polonia australijska jest mniejsza niż amerykańska. Liczy od stu trzydziestu do stu osiemdziesięciu tysięcy osób. Nie jest też tak dobrze zorganizowana jak Polacy w Ameryce, ma więc mniejszą możliwość lobbowania w sprawach swojego starego kraju. Znana jest przecież skuteczność działań Polonii amerykańskiej, która odegrała ważną rolę w latach dziewięćdziesiątych, kiedy Polska wstępowała w struktury NATO. O takiej skuteczności działań w przypadku Polonii australijskiej nie możemy mówić.

Polonia australijska nie jest grupą jednorodną. Były bowiem dwie główne fale emigracji Polaków do Australii: po wojnie i w latach osiemdziesiątych. Tak zwana stara emigracja to ludzie bardzo przywiązani do religii i kultywujący tradycje patriotyczne. Były to przede wszystkim osoby, które wczesną młodość spędziły w Polsce, a później na skutek drugiej wojny światowej utraciły swoją ojczyznę. To na przykład żołnierze walczący na różnych frontach, przymusowi robotnicy wywiezieni do III Rzeszy albo więźniowie sowieckich łagrów. Wiele przeszli i dla nich słowo „Polska” bardzo dużo znaczy.

Wydawać by się mogło, że emigranci z lat osiemdziesiątych to także ludzie, którzy opuścili ojczyznę ze względu na polityczne prześladowania. Mówi się przecież, że to emigracja „solidarnościowa”. Nie jest to jednak tak jednoznaczne, ponieważ często była to jednak emigracja z powodów ekonomicznych. I chociaż przybywali tu ludzie rzeczywiście prześladowani przez komunizm, nie stanowili oni większości. Z większą rezerwą podchodzą oni do Kościoła i spraw religijnych. Pod tym względem różnią się więc bardzo od starszego pokolenia polskich emigrantów.

Czy dla Polaków tworzy się polskie parafie, w których pracują polscy księża?

Polskich parafii w zasadzie w Australii nie ma, a polscy księża diecezjalni czy zgromadzenia zakonne, na przykład salwatorianie, pracują w parafiach australijskich. Ale oczywiście jest także grupa księży, którzy pracują dla Polonii. W tej chwili istnieją dwa polskie kościoły, trzeci jest w budowie. Jednym z nich jest kościół Ojców Jezuitów w Melbourne. Nie jest to kościół parafialny, ale możemy w nim udzielać ślubów czy chrzcić. Jest to taka „parafia personalna”, a nie terytorialna. To znaczy, że każdy Polak, który do nas przychodzi, ma prawo skorzystać z naszej posługi duszpasterskiej. Nasi parafianie nie mieszkają blisko świątyni, ale muszą do niej dojeżdżać, nawet czterdzieści kilometrów.

Jak wygląda codzienna praca duszpasterza Polonii australijskiej?

Zasadniczo nasza praca duszpasterska nie różni się niczym od pracy kapłanów w innych częściach świata. Sprawujemy Eucharystię, spowiadamy, odwiedzamy chorych w szpitalach. Może większą rolę przywiązujemy do podtrzymywania naszych wiernych na duchu. Jest bowiem wielu ludzi, którzy czują się w Australii obco, zwłaszcza wśród tych, którzy przybyli tu w czasie drugiej fali emigracyjnej, w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Niektórzy nigdy nie odnaleźli się w nowej rzeczywistości. Dziś można wrócić do kraju, wcześniej jednak takiej możliwości nie było.

Czy nie jest tak, że emigrant zawsze pozostanie niejako „zawieszony” i trudno mu będzie się odnaleźć w nowym miejscu?

Jest nawet takie powiedzenie, że emigrant zawsze będzie niezadowolony. W kraju, w którym się osiedlił, czuje się obco, a jeśli wróci do ojczyzny, zastanie zupełnie inny kraj, w którym także nie będzie umiał się odnaleźć. Często tak jest właśnie z Polakami, którzy po wielu latach pobytu w Australii wracają do Polski, paląc za sobą wszelkie mosty: rezygnują z pracy, sprzedają cały swój dobytek. Później, po roku czy dwóch latach, okazuje się, że w Australii się źle czuli, ale w nowej i zupełnie innej dla nich Polsce jest jeszcze gorzej.

Wracają więc do Australii i zaczynają wszystko od nowa...

Często właśnie tak jest. Myślę, że dla nich kapłan będzie zawsze pewną ostoją, większą nawet niż mógłby być terapeuta czy psycholog. Będzie dla nich wsparciem duchowym, okaże współczucie... Oczywiście że psycholog także mógłby tu pomóc. Jednak dla tych ludzi szukanie pomocy psychologicznej często nie jest łatwe. Wiąże się to chociażby z barierą mentalną i językową. Tym ludziom, mam tu na myśli przede wszystkim emigrantów w pierwszym pokoleniu, łatwiej jest przyjść do polskiego księdza, ponieważ dla Australijczyków są przybyszami z obcego kraju mówiącymi z silnym akcentem. Nie jest to sytuacja komfortowa. Łatwiej jest już dzieciom polskich emigrantów, które urodziły się w Australii i nie mówią z obcym akcentem. Mają większe szanse w prawdziwym zaaklimatyzowaniu się.

Trzeba także pamiętać, że emigracja w niektórych przypadkach nie zawsze była dobrze przemyślaną decyzją. Wyjechało bowiem wielu Polaków z wykształceniem humanistycznym: polonistów, prawników czy aktorów, którzy z przyczyn oczywistych nie mogą wykonywać swojego wyuczonego zawodu w Australii. Nie potrafią się przekwalifikować, muszą więc pracować poniżej swoich kwalifikacji. Często trudno się im z tym pogodzić.

Musicie więc niejednokrotnie pełnić rolę nie tylko kapłana, ale także psychologa.

Rzeczywiście tak bywa. Jednak nasza praca parafialna dla Polonii ma nieco innych charakter z jeszcze jednego powodu. Wiąże się bowiem także z działalnością społeczną. Istnieje bowiem przekonanie, że akcja, w którą nie angażuje się ksiądz, nie uda się. W przeszłości w grupach emigracyjnych, które przybywały do Ameryki czy do Australii, ksiądz odgrywał ważną rolę. Był liderem nie tylko religijnym, ale także społecznym. Kościół miał struktury i możliwości materialne, które niejako pomagały zorganizować się emigrantom. To przecież pod auspicjami księży tworzono różnego typu domy polskie czy szkółki niedzielne, w których uczono także języka polskiego i historii Polski.

Dziś może nie jest to już takie powszechne, dlatego że młodzi emigranci łatwiej wchodzą w miejscową społeczność: znają język, mają lepszą pracę, żyją już w lepszych warunkach. Nie potrzebują więc wsparcia grupy etnicznej w takim stopniu, jak miało to miejsce w przeszłości. Jest jednak wiele cennych dzieł, których organizacja – moim zdaniem – nie powiodłaby się bez udziału kapłanów. W Melbourne na przykład istnieje polskie radio, które bez zaangażowania polskiego księdza nie funkcjonowałoby. Jego działalność opiera się bowiem na pracy społecznej, a coraz trudniej znaleźć ludzi chcących ofiarować swój czas za darmo. Podobnie rzecz wygląda w przypadku polskiego tygodnika, który wydajemy.

Nasza praca duszpasterska i zaangażowanie w działalność społeczną nie są skierowane jedynie do ludzi starszego pokolenia. Nieraz mówi się o nas, że jesteśmy „straceńcami”, ponieważ pracujemy dla grupy, która powoli wymiera.

Kapłan jednak jest powołany nie tylko do służby ludziom młodym.

Oczywiście, starszym pewnie jest bardziej potrzebny. Ale ważne wydaje mi się to, że poprzez różnego typu przedsięwzięcia, jak chociażby wspomniane radio czy tygodnik, mamy możliwość docierania także do młodego pokolenia ludzi, którzy urodzili się w Australii, ale mają polskie korzenie. Oni są Australijczykami, chcemy jednak wzbudzać w nich sympatię do kraju przodków, a tym samym poczucie związku z Polską. Myślę, że jest to istotne, biorąc pod uwagę liczbę ludności polskiego pochodzenia. Sto osiemdziesiąt tysięcy – to nie jest mało. Pośród tej grupy znajduje się wielu ludzi naprawdę wpływowych, którzy mogliby poprzeć różne „polskie sprawy”. By jednak tak się stało, muszą czuć się z Polską związani.

Trzeba więc „inwestować” także w tego typu działalność społeczną, angażując się w sprawy, które mogą zrodzić większe dobro. Mam nadzieję, że właśnie dzięki temu nie jesteśmy „straceńcami”...

Eugeniusz Ożóg SJ zmarł 27 maja 2008 roku w Melbourne, w wieku siedemdziesięciu sześciu lat.