Miłosierdzie w pracy

Życie Duchowe • WIOSNA 46/2006
Dział • Temat numeru
(fot. reynermedia / Flickr.com / CC BY 2.0)

Brak pracy uderza nie tylko w ludzi z tzw. nizin społecznych. Może nim być dotknięty każdy: zarówno kelner, górnik czy szwaczka, jak i menedżer, dyrektor firmy, prezes, mały przedsiębiorca, a nawet właściciel dużej firmy. I nie są to wcale rzadkie przypadki. Jesteśmy wobec tej biedy równi prawie jak wobec śmierci.

Wyobraźnia miłosierdzia ludzi pracy

Irytować może mówienie o bezrobociu i szukanie tylko doraźnych sposobów na rozwiązanie tego problemu, które zajmują się symptomami choroby, a nie przyczynami. To nie bezrobocie powinno być celem naszego działania, a praca i przedsiębiorczość każdego człowieka, także osób poszukujących pracy. I nie chodzi tu o bycie przedsiębiorcą, bo nie każdy ma do tego talent. Słowo „przedsiębiorczość” pochodzi od słowa „przed-się-brać”, czyli wybiegać w przyszłość z zamiarem osiągnięcia jakiegoś celu. To cecha, którą mamy obowiązek wypracowywać w sobie wszyscy, w każdym wieku i stanie. Przedsiębiorcza postawa i dobra praca są potrzebne na każdym szczeblu i w każdym wymiarze, od posła po pielęgniarkę i od rolnika po ministra i kardynała. Czas wreszcie zrozumieć, że praca jest służbą i ma być wykonywana rzetelnie i odpowiedzialnie, uczciwie, sprawnie i fachowo, z myślą o drugim człowieku, który z niej będzie korzystał. To jest podstawowy wymiar miłosierdzia wobec siebie i innych. W tym zakresie każdy, niezależnie od tego, czy aktualnie pracuje, prowadzi firmę czy poszukuje pracy, ma do wypełnienia swoją misję miłosierdzia.

Dotyczy to zwłaszcza uczniów Chrystusa – to od siebie musimy najpierw tego wymagać. Nauczania i formacji w zakresie duchowości pracy potrzebujemy dziś wszyscy, nikogo nie wyłączając. Nie na darmo Jan Paweł II napisał trzy encykliki na tematy społeczne. Wiedział, jak ważne i brzemienne w skutki jest każde działanie człowieka, jego twórcza aktywność, choć nie zawsze odpłatna lub popłatna.

Świat pracy tworzą trzy podstawowe środowiska: pracujący, pracodawcy-przedsiębiorcy i bezrobotni. To hermetyczne grupy, żyjące swoimi problemami, zamknięte na siebie, ale co ciekawe, przepływ ludzi z jednej do drugiej zachodzi często i szybko: dziś prowadzisz firmę, jutro jesteś bez pracy, a pojutrze pracujesz u kogoś. Zachodzi tu ciągła zmiana, często przedzielana brakiem pracy. Jest on jednak tylko jednym z etapów w życiu zawodowym, niekiedy powracającym. To praca kształtuje nas jako ludzi, buduje relacje, uczy, hartuje, dowartościowuje. Także męczy, czasem nuży. Brak pracy często uświadamia nam coś bardzo ważnego o sobie, ludziach, świecie i Bogu. Chodzi o to, by te trudne okresy zmian w życiu zawodowym mądrze i twórczo przeżywać. Zatem kwestią podstawową powinno być dla nas nie bezrobocie, a praca i zarządzanie zmianą... życiową.

Zacznij od siebie

Co więc robić? Praca to nie „łaska pracodawcy”, ale dar Boży, zobowiązanie i wyzwanie dla człowieka. Nie chodzi tu więc tylko o danie dwóch złotych, żeby uspokoić sumienie, ani o pokiwanie ze współczuciem głową nad utyskującym mężem i ojcem rodziny, że „ciężko jest i pracy nie ma”. Chodzi o takie bycie przy człowieku, by poczuł, że tracąc pracę, nie traci wartości ani godności, by zdopingować go do działania, przekonać go, że dużo od niego zależy, że musi przestawić dotychczasowe często negatywne myślenie o sobie i o świecie, że być może musi iść do psychologa lub psychiatry, bo sam sobie nie poradzi. Może trzeba pomóc mu zrozumieć, że nie wystarczy oczekiwać zmian z zewnątrz, ale że muszą one najpierw zdarzyć się w nim samym, w jego podejściu do pracy, do obowiązku, uczciwości. Że pierwszy element, na który pracodawca zwróci uwagę przy szukaniu pracownika, to ten, czy ma on entuzjazm do pracy, choćby minimalny, by nie być dla przedsiębiorcy kulą u nogi, lecz solidnym wsparciem w biznesie.

Często ów entuzjazm w nas, pracownikach najemnych, pojawia się i kończy na myśl o pieniądzach. Tymczasem płaca jest za pracę, a nie tylko za obecność w miejscu pracy. Przedziwne jest, że tak wielu poważnych i uczciwych pracodawców miesiącami poszukuje pracowników i nie może ich znaleźć. Trudna to prawda, ale często nie znajdujemy pracy, gdyż nie umiemy dobrze pracować, umiemy zaś dobrze narzekać. To scheda m.in. po pół wieku komunizmu. Jeśli ktoś pomyśli teraz: To nieprawda, bo przecież nowe pokolenie już tamtych czasów nie pamięta, odpowiadam uprzejmie: A od kogo młodzi mieli nauczyć się odpowiedzialnych, uczciwych postaw? Od tych, co wyrośli w starym systemie i żyją według jego zasad? Gdyby nas zapytano: czy chciałbyś mieć takiego pracownika jak Ty, co byśmy odpowiedzieli?

Podziel się odpowiedzialnością

Przedsiębiorcy dostali od Boga talent – żyłkę do przedsiębiorczości, ale sam talent to za mało. On wymaga obróbki, nieustannego rozwoju, nie tylko w zakresie znajomości branży, w której się funkcjonuje, i czujności wobec zmian na rynku, ale także w zakresie budowania stosunków międzyludzkich. Zarządzanie ludźmi w firmie to duża sztuka, bo firma to organizm złożony z ludzi, nie tylko z komputerów, maszyn i budynków. Mądre zarządzanie buduje zespół. Ale zdarzy się tak tylko wtedy, gdy wszystko będzie oparte na zaufaniu. Rozwój oparty na zaufaniu dotyczy zresztą nie tylko firmy, ale każdej małej społeczności: szkoły, gminy, zakonu, parafii, zarządu i rządu... To jest trudne, ale możliwe. Zgłębianie tych zasad i ich stosowanie jest także przejawem miłosierdzia w praktyce. Taką wyobraźnię współ-czującą z pracownikami i vice versa muszą w sobie kształtować pracodawcy duzi i mali. Nie chodzi tu tylko o moment zwalniania ludzi, ale o takie zarządzanie firmą, które tworzy ją, pozwala jej się rozwijać i istnieć przez wiele lat, by pracownicy czuli się jej współtwórcami i chcieli z nią wiązać swoją przyszłość.

Ustalaj mądre prawa

Istnieje też odpowiedzialność i miłosierdzie wyższego rzędu: społeczne. Jeśli jestem dyrektorem, ministrem czy prezydentem, to mój wpływ na rzeczywistość jest diametralnie inny niż przeciętnego obywatela – pracownika. Wspomaganie rozwoju gospodarczego przez tworzenie dobrych rozwiązań prawnych czy zmniejszenie biurokracji jest faktycznym realizowaniem wezwania do miłosierdzia. Dlaczego? Bo pracę dają przedsiębiorcy, a jeżeli oni nie mogą prowadzić i rozwijać własnych firm, to nie ma nadziei na to, by sytuacja na rynku pracy się zmieniła. Świadectwo tego, że tak właśnie się dzieje, daje Roman Kluska, przedsiębiorca i pracodawca, twórca Grupy Optimus SA, człowiek, który doświadcza trudów prowadzenia przedsięwzięć gospodarczych. Doskonale tłumaczy on rzeczywiste powody zapaści gospodarczej, wysokiego bezrobocia i działań pozornych czy raczej pozorowanych, jakich przez ostatnie lata doświadczaliśmy w Polsce.

W roku 1989, na początku przemian w naszym kraju, były tylko trzy akty prawne, które regulowały ówczesną rzeczywistość gospodarczą: kodeks handlowy, jeszcze przedwojenny, ustawa o podatku dochodowym i prawo celne. Każde z nich proste i logiczne. Dzięki prostym regulacjom prawnym w Polsce powstawały miliony nowych przedsiębiorstw. Obecnie system biurokratyczny blokuje prawie każdą inicjatywę gospodarczą i faktycznie wywołuje bezrobocie. Roman Kluska zauważa, że również dziś jest wielu ludzi, którzy chcą wziąć sprawy w swoje ręce, podejmują ogromny wysiłek, wymyślają pewną koncepcję, zapożyczają się u znajomych, w bankach, zastawiają cały swój majątek. Rozpoczynają trudny proces realizacji swojego pomysłu. W pewnym momencie pojawia się jednak bariera urzędnicza. Zdaniem Romana Kluski polska gospodarka jest totalnie przeregulowana, i to w większości za przyczyną złego prawa. Społeczeństwo zostało wręcz zniewolone aktami prawnymi. Jest ich tak wiele, że prawie nikt nie wie, co jest zgodne z prawem, a co nie. Poza tym są one tak nieprecyzyjne, że trudno zrozumieć, o co w nich chodzi. Nie bez znaczenia dla paraliżu gospodarczego są też koszta stosowania tego prawa.

Stworzyliśmy sobie takie warunki do życia, które zabijają inicjatywę. W każdej chwili może przyjść jakikolwiek urzędnik, dowolna kontrola i powiedzieć: Pan źle stosuje prawo, pan jest przestępcą, zamykamy pana. Jak można oczekiwać, że przedsiębiorcy będą inwestować czy zaharowywać się od rana do wieczora ze swoją załogą, jeśli w każdej chwili są narażeni na całkowitą likwidację ich firmy? A jak działa człowiek, który ma stałe poczucie zagrożenia? Asekuruje się. Nie stawia na maksymalny rozwój i nie wykorzystuje wszystkich szans. Musi dojść do porozumienia z władzą i na to traci swój czas. Kiedy jego konkurent zagraniczny poprawia swoje produkty, zmniejsza koszty, polepsza organizację, on układa się z urzędnikami.

Jak widać, im wyżej jesteśmy usytuowani w drabinie społecznej czy gospodarczej, tym nasza odpowiedzialność jest większa. Każde nasze działanie w pracy automatycznie, w mniejszym lub większym stopniu wpływa na życie drugiego człowieka, nigdy nie jest obojętne. Złe rozwiązania prawne w dziedzinie gospodarczej rzutują na zastój gospodarczy, ograniczenie w rozwoju firm, w konsekwencji doprowadzając do dramatów osób, ich rodzin, chorób wielu ludzi, patologii społecznych. Złe prowadzenie firmy także ma swoje konsekwencje. Niskiej jakości praca u kogoś – również. Gdybyśmy zastanowili się, jak daleko sięgają efekty naszej pracy, bylibyśmy zdumieni. Przez prozaiczne działania zawodowe wpływamy nie tylko na jednostki, ale na całe rzesze ludzi. Nawet kazanie powiedziane byle jak zbierze swoje pokłosie: nie poruszy, nie zmobilizuje do rozsądnego życia, do mądrej i rzetelnej pracy, do odpowiedzialności za siebie i innych. Powiem więcej: zgorszy. A mogłoby wlać nadzieję, dodać sił, zmobilizować do wytrwałości lub skuteczności.

Miłosierdzie, czyli miłość współczująca

Miłosierdzie wyraża się konkretnie – poprzez czyn, słowo i modlitwę. Od statusu, kondycji, powołania każdego z nas, ale także od naszej wrażliwości, czujności i fantazji zależy, jak powinniśmy je zastosować. Możliwości jest tyle, ile istnień ludzkich i nikt nie może się wymówić od logiki miłości, która wczuwa się w niemoc i troskę drugiego i jej zaradza. Każdy z nas ma w dziele miłosierdzia niepowtarzalną rolę do odegrania. Co więcej, odkrycie swojego miejsca w tym scenariuszu jest jedynym sposobem na to, by stawać się szczęśliwym i spełnionym człowiekiem już tu, na tym świecie, a potem także na drugim. Ucieczka od obowiązku wejścia we współczującą miłość wobec człowieka obok będzie ucieczką od siebie.

Nie mam wątpliwości, że miarą mojego miłosierdzia i patriotyzmu jest także moja praca, bo w ten sposób staję się bardziej sobą (odkrywam swoje możliwości i ograniczenia), wpływam na drugiego człowieka (a on na mnie) i na rzeczywistość. Jacy my jesteśmy, taki staje się świat – nie jest to przenośnia. A dzieje się to w większości przez pracę. Miłosierdziem w praktyce jest więc moja praca wykonywana najlepiej jak potrafię, z myślą o drugim człowieku, który z niej będzie korzystał, zmuszająca mnie do wysiłku, kiedy jest ciężko, ale i do rezygnacji z pracy, gdyby jej efekty mogły komukolwiek wyrządzić krzywdę. Każdy z nas, na miarę swoich zadań, odpowiedzialności, kompetencji i stanowiska jest człowiekiem miłosierdzia albo jego zaprzeczeniem. Nie ma trzeciej drogi.

Obecnie pracuje się tak intensywnie, zwłaszcza w dużych miastach, że nie ma czasu na to, co dla człowieka naturalne i niezbędne: na rodzinę, przyjaźnie, odpoczynek. Dla osób, które przez lata tak funkcjonowały (przedsiębiorcy, kadra menedżerska, handlowcy, ludzie wolnych zawodów, pracoholicy), nagły brak pracy jest wstrząsem. Im większe zaangażowanie w pracę, która się właśnie skończyła, tym boleśniejsze przebudzenie. Urywa się bowiem wtedy nie tylko możliwość zarobkowania, a co za tym idzie, robienia codziennych zakupów i uiszczania comiesięcznych płatności (czynsz, gaz, prąd, woda, telefon, wywóz śmieci, często spłata kredytów itp.), ale traci się też prawo do bezpłatnej opieki medycznej i możliwość korzystania z pakietów socjalnych firmy, urywają się także więzi, które budujemy, pracując z innymi ludźmi.

Człowiek budzi się rano i już nie musi biec do pracy, angażować się cały dzień w sprawy, których może nie kochał, ale które były jego obowiązkiem. Nie spotyka już osób, które bardziej lub mniej lubił, ani nie wraca do domu zmęczony, ale rad, że kolejny dzień zmagań za nim, że udało mu się coś dobrego zrobić, że pokonał przeciwności, że jeszcze raz udowodnił sobie, czasem innym, że potrafi zrobić coś, co przekraczało jego możliwości, że trochę dobra wyszło spod jego ręki. Nawet jeśli takie myśli świadomie nie płyną mu przez głowę, to i tak pozostaje wewnętrzna satysfakcja z odciśnięcia na rzeczywistości swojej pieczęci.

Kiedy zaś pracy nie ma, nie ma i takich odczuć, które kształtują nas od wewnątrz. Nie ma wówczas możliwości potwierdzania się, odbijania się jak w lustrze w kolegach i w rzeczywistości zawodowej. Człowiek czuje się nikim i niczym, niepotrzebnym sprzętem, który można wyrzucić, bo już wypełnił swoje zadanie. Gdy patrzy przez okno i widzi, jak inni idą do pracy, zazdrości im, bo oni (pozornie) zajmują miejsce, które on mógłby mieć, żeby zarabiać i mieć święty spokój. Ten stan narasta stopniowo. I kiedy dojdzie do apogeum, czyli do myślenia o sobie jako o bez-robotnym, to faktycznie człowiek poczuje się także bez-użyteczny, bez-radny, bez-inwencji, bez-myślny, bez przyszłości. Pozostawiony sam sobie, zapomniany, niechciany, gorszy, skończony. Skrzywdzony przez ludzi i Boga. Gdy człowiek jest sam, a wówczas jest potwornie samotny, pozostaje mu tylko poddać się wirowi i pozwolić pociągnąć się w dół bez dna. Bez nadziei na odbicie się.

Przejawem miłości współczującej, ale nie litującej się, jest nie zostawiać go samego, być twórczo przy nim, dawać szansę na spotkanie innych ludzi, mobilizować do refleksji, modlitwy i działania. Pomóc konkretnie, jeśli to możliwe, i nie prowokować w nim bezradności.