W rozwój duchowy wpisane są doświadczenia zarówno światła, jak i ciemności. Początki relacji z Bogiem nacechowane są przejrzystością poznania oraz wzmożoną, ludzką aktywnością. Nie brak wówczas uniesień, zapału i lekkości. Modlitwa, owiana słodkim pyłem emocji, obfituje w piękne myśli, sprawnie budowane medytacje oraz poczucie zbyt szybko upływającego czasu. Jest to okres licznych postanowień i radości z przynoszonych przez nie owoców; czas porządkowania życia i odrzucania wszystkiego, co nie jest zgodne z boskim wzorcem. Wydaje się, że nie potrzeba wiele pisać o tym etapie – jest powszechnie znany i charakteryzuje go ogólne poczucie obfitości oraz duchowych sukcesów.
Ogarniająca ciemność
Przychodzi jednak moment, w którym wszystko ulega zmianie. Emocje stygną, medytacja staje się problematyczna, pojawia się niechęć do modlitwy oraz poczucie zagubienia. Wielu sądzi, że owa bolesna nowość jest skutkiem osobistych zaniedbań, grzechów lub niewystarczających wysiłków. Rodzi się poczucie winy, które staje się tłem modlitwy i codziennych zajęć. Lecz na tym nie koniec. Nierzadko osoba doświadczająca tej niespodziewanej przemiany spotyka się z surowymi naganami spowiednika czy kierownika duchowego, który z przekonaniem tłumaczy jej, że stygnie. A skoro nie jest ani zimna, ani gorąca, Bóg wypluje ją ze swoich ust (por. Ap 3,15–16). Święty Jan od Krzyża opisuje tę sytuację w następujący sposób:
Znajdzie się i taki, który jej powie, że cofa się, skoro nie znajduje w rzeczach Bożych smaku i pociechy, jakie przedtem odczuwała […]. A jeśli teraz spotka kogoś potwierdzającego to, co jej się wydaje, i orzekającego, że to oczyszczenie wypływa z jej winy, strapienie i boleść duszy wzrastają bez końca i zwykle stają się boleśniejsze niż śmierć. Nie poprzestając na tym, spowiednicy tacy, w przekonaniu, że to cierpienie jest skutkiem grzechów, polecają duszom badać swoje dotychczasowe życie, czynić wiele spowiedzi generalnych i w ten sposób krzyżują je na nowo (Droga na Górę Karmel, Prolog, 5)[1].
Nie bez powodu przytaczam słowa św. Jana od Krzyża, ponieważ jest on jednym z największych autorytetów chrześcijańskich w opisie owego bolesnego procesu przemiany. Nazywa go między innymi „nocą” (Noc ciemna I, 1, 1), „exodusem kontemplacyjnym” (por. Żywy Płomień Miłości 3,38) czy „umieraniem starego człowieka” (Żywy Płomień Miłości 2,33). Bez względu na przyjętą terminologię jest to naturalny etap rozwoju duchowego. Staje się on udziałem wszystkich, których Bóg pociąga ku głębi swej miłości.
Doświadczenie potwierdza, że do wielkiego światła idzie się przez wielkie ciemności – przede wszystkim przez ciemności własnego serca. Człowiek u początku życia duchowego zwykle ich nie dostrzega, a przez to ulega subtelnej wyniosłości, niemal zawsze nieuświadomionej. Z tego powodu Bóg wprowadza swe dziecko w ciemność i odsłania przed nim ukrytą prawdę. Jan od Krzyża stwierdza, że „pierwsza i najważniejsza korzyść, jaką przynosi oschła i ciemna noc kontemplacji, to poznanie siebie i swojej nędzy” (Noc ciemna I, 12, 2).
Jeśli człowiek nie pozna swej nicości, nie będzie zdolny przyjąć wielkich darów miłości Boga. Udziela ich On bowiem jedynie osobom pokornym – takim, które znają prawdę o swej niewystarczalności. Przyczyna jest prosta: osoba pyszna, otrzymując od Boga cierpliwość, czystość, poznanie czy jakikolwiek inny dar, szybko przypisze sobie zasługę, uznając, że ów dar jest owocem jej pracy nad sobą, starań czy dyscypliny. Tylko człowiek pokorny będzie traktował dar jako dar; jego przyjęcie nie wyrządzi mu szkody, nie pogłębi wyniosłości, zadufania ani samozadowolenia. Dlatego bez doświadczenia własnych ciemności duchowy postęp nie jest możliwy. Dokonuje się on właśnie poprzez to doświadczenie.
Przesunięte bieguny
W ten sposób dokonuje się przesunięcie egzystencjalnych biegunów. Początkowe poczucie siły i sprawczości ustępuje miejsca doświadczeniu słabości i nieumiejętności. Jest to dobry znak – swoisty papierek lakmusowy boskich przemian w człowieku. Pragnienie bycia niezależnym, charakterystyczne dla osób u początku drogi duchowej, przeradza się w pragnienie zależności od drugiego. Człowiek chętniej pyta o radę, prosi o pomoc, ponieważ uznaje, że sam nie potrafi iść naprzód, nie zna dróg i nie ma wystarczających umiejętności. Zupełnie inaczej postępują ludzie skąpani w świetle początków:
Ponieważ początkujący czują się pełnymi zapału i gorliwości w rzeczach duchowych i ćwiczeniach pobożnych, z tej pomyślności (z powodu ich niedoskonałości) rodzi się pewien rodzaj ukrytej pychy, skutkiem której zaczynają oni nabierać niejakiego zadowolenia z samych siebie i ze swoich uczynków, mimo iż prawdą jest, że rzeczy święte same z siebie rodzą pokorę. Z tego źródła wypływają próżne, czasem nawet bardzo próżne chęci rozmów o rzeczach duchowych z innymi – częściej w tym celu, by innych nauczać, niż by się od nich uczyć […]. Czasem te dusze dochodzą do takiego stanu, iż pragną, aby nikt oprócz nich nie był doskonały (Noc ciemna I, 2, 1.2).
Początkowe poczucie bycia mądrym i roztropnym ustępuje miejsca nowemu doświadczeniu: człowiek odkrywa, że jest głupcem, który nie umie rozróżnić lewej ręki od prawej (por. Jon 4,11). Z tej przyczyny coraz rzadziej wydaje sądy, mniej krytykuje, potępia i gani. Staje się bardziej wyrozumiały, współczujący i łagodny – a łagodność jest cechą mądrości (por. Jk 3,13). Słusznie więc pisał św. Paweł: „Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość” (1 Kor 3,18). Właśnie taka jest droga prowadząca do mądrości – uznanie własnej głupoty; droga prowadząca do światła – wejście we własną ciemność, bez uciekania od prawdy o swej niegodziwości; droga do prawdziwego bogactwa – rozpoznanie swego ubóstwa i wystawienie pustych rąk, aby Bóg mógł je napełnić, tak jak sam tego pragnie.
Etap nocy nie jest zatem nacechowany mnożącymi się sukcesami. Człowiek nie idzie już do Boga od zwycięstwa do zwycięstwa, jak na początku. Coraz częściej posuwa się krokiem niepewnym, od upadku do upadku, doświadczając bolesnych prawd własnego serca. Nie można jednak zapominać, że w tych bolesnych doświadczeniach obecne jest światło, którego człowiek nigdy nie powinien tracić z oczu. Tym światłem jest wiara w miłość Boga. To ona umożliwia drogę naprzód. Bóg jest dobry i zawsze kocha. Człowiek, choć jest prochem, został ożywiony miłością Stwórcy. Z tej miłości wyrasta każde istnienie: „Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił. Jakżeby coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał? Jak by się zachowało, czego byś nie wezwał? Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, miłośniku życia” (Mdr 11,24–26). Utracić to światło oznaczałoby skazać siebie na druzgocącą ciemność. We wszystkim, co Bóg czyni człowiekowi, Jego zamiary są pełne miłości i pokoju (por. Jr 29,11). Za każdym razem, gdy człowiek traci z oczu tę miłość, pogrąża się w nicości i zaczyna tonąć. Doświadczył tego Szymon Piotr (por. Mt 14,22–33): dopóki patrzył na Jezusa, szedł po wodzie; gdy zaś zaczął patrzeć na fale i wiatr – zaczął tonąć.
Proces poznawania siebie nie polega na kontemplowaniu własnej grzeszności, lecz na kontemplacji piękna Jezusa. Im głębiej poznaję Jego piękno, tym wyraźniej rozumiem własną brzydotę. Wpatrując się w Jego pokorę, odkrywam, jak bardzo mi jej brakuje; dostrzegając Jego czystość – poznaję własną nieczystość[2]. Introspekcja jest daleka od prawdziwego chrześcijańskiego rachunku sumienia. Uczeń Jezusa patrzy na Mistrza, a w ten sposób najpełniej poznaje prawdę o sobie samym. Prawda ta nie rodzi frustracji, lecz wdzięczność – wdzięczność bycia kochanym z całą swoją biedą i niegodziwością. Chrześcijanin wprowadzony w noc duchową jest jak mądry marynarz na wzburzonym morzu: nie patrzy na fale, lecz na gwiazdy, bo w ich świetle odnajduje kierunek dla swej życiowej łodzi oraz ciepło i nadzieję.
Nowe światła
„Szukaj Boga przez wiarę i miłość” (Pieśń duchowa 1,11) – tym stwierdzeniem Jan od Krzyża syntetycznie wyraża całą duchową drogę człowieka i jej istotne cechy. Dla Świętego jest rzeczą oczywistą, że początkowe odczucia miłości i bliskości Boga z czasem gasną. Pozostaje wiara – rozumiana jako wybór i decyzja – tak jak ujmowała to Teresa z Lisieux, gdy pisała: „Kiedy wyśpiewuję szczęście Nieba, posiadanie Boga na wieczność, nie odczuwam z tego powodu żadnej radości, gdyż śpiewam po prostu o tym, w co chcę wierzyć”[3]. Wiara pozostaje światłem. Nie jest to jednak wiara oparta na subiektywnych odczuciach ani na własnych, nieumiejętnie tworzonych medytacjach, lecz wiara zakorzeniona w słowie Boga, „które jest żywe i trwa” (1 P 1,23). Chcę wierzyć, że jesteś ze mną, ponieważ powiedziałeś: „Jestem z wami przez wszystkie dni” (Mt 28,20). Chcę wierzyć, że mnie kochasz, bo Twoje słowo nie może kłamać: „Ukochałem cię odwieczną miłością” (Jr 31,3). Chcę wierzyć, że nie idę w próżnię, lecz że jestem przez Ciebie prowadzony, gdyż obiecałeś: „Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia” (J 8,12). Ludzie postępujący drogami duchowymi coraz wyraźniej intuicyjnie przeczuwają, że Jego myśli nie są naszymi myślami (por. Iz 55,8). Światło, o którym mówi Chrystus, nie oznacza oczywistości, dowodów ani rosnącego rozumienia Boga, siebie, świata czy drugiego człowieka. Tym światłem jest Jego miłująca obecność, potwierdzona Jego słowem – słowem, w które człowiek wierzy, choć go nie rozumie i na ogół nie widzi jeszcze jego wypełnienia.
Wszystko ulega zmianie. U początków swej drogi człowiek za światło prowadzące go naprzód uważał pobożną myśl, poprzez którą definiował Boga i siebie – myśl będącą owocem zrozumienia poznanej prawdy. Teraz, wprowadzony w zupełnie nowy sposób funkcjonowania, za światło uznaje wiarę i cieszy się tym, czego nie pojmuje: „Chcę powiedzieć, abyś się nigdy nie zadowalała tym, co pojmujesz o Bogu, lecz tylko tym, czego nie pojmujesz” (Pieśń duchowa 1,12). Nie rozumie – jak Hiob u kresu swoich doświadczeń (por. Hi 42,3) – lecz wierzy i chce wierzyć, że Bóg jest i że kocha. Nie zachwyca go już to, co oczywiste i przewidywalne. Teraz zachwyca się tajemnicą, którą jest dla niego Bóg, on sam oraz drugi człowiek.
Dawniej jego światłem, dającym poczucie bezpieczeństwa, były plany, analizy i perfekcyjnie ułożony grafik. Teraz prowadzi go ufność – zdanie się na Kochającego, On nie zawodzi tych, którzy Mu ufają (por. Ps 25,3). Dawniej pragnął wszystko kontrolować, ponieważ kontrola dawała mu poczucie dominacji; obecnie wszelki przejaw dzierżenia władzy staje się mu obcy, a nawet wstrętny. Powierza się Temu, który sam jest mocny, siebie zaś uznaje za słabe dziecko, oczekujące od Ojca wszystkiego.
Człowiek przechodzący te bolesne procesy duchowe zaczyna dostrzegać, że to, co dotąd nazywał światłem – kontrola, oczywistość, przewidywalność, rozważania – w istocie było ciemnością, w którą osnute są ludzkie umysły. Odkrywa, że prawdziwe światło, oświecające każdego człowieka i rzeczywiście prowadzące w głąb człowieczeństwa, jest zupełnie inne. Jest nim ufność, zarówno wobec Boga, jak i ludzi; miłość jako jedyny cel życia; oraz nadzieja złożona w Bogu, a nie w jakimkolwiek posiadaniu, bogactwie moralnym, duchowym czy materialnym. Tylko te trzy cnoty teologalne mogą zjednoczyć człowieka z Bogiem: „Cnoty teologalne to najlepsze przygotowanie do złączenia się duszy z Bogiem w jej trzech władzach: rozumie, pamięci i woli” (Noc ciemna II, 21, 11). One prowadzą po drogach życia znacznie pewniej niż ludzkie rozumowania, zabezpieczenia i własne ego, które stało się powszechnym kryterium wyborów świata zatrutego samowystarczalnością.
Człowiek przemieniony
Owe przesunięte bieguny i zupełnie odwrócony porządek znamionują ludzi wprowadzonych przez Boga w duchowe noce. Ich modlitwa nie jest już wypełniona spekulacjami i pyłem emocji – wzburzonych i zacieśniających serca:
Starzy miłośnicy, wyćwiczeni i wypróbowani w służbie Oblubieńca, są jak stare wino. Męty w nich są już ustane i nie podlegają ani burzliwości zmysłów, ani żadnym zewnętrznym zapałom namiętnym i ognistym, lecz kosztują słodyczy wina miłości dojrzałego w samej jego istocie. Miłość ich nie jest już w smakach zmysłowych, jak miłość młodych, lecz osiada gdzieś wewnątrz duszy w istocie i smaku duchowym, i w prawdzie czynów. Starzy miłośnicy nie chcą opierać się na smakach i zapałach zmysłowych i nie pragną ich smakować, a tym samym nie doświadczają nieprzyjemności i przykrości. Kto bowiem daje się wodzić pożądaniom dla jakiegokolwiek upodobania zmysłowego, tym samym musi odczuwać w zmysłach i w duchu udręki i niesmak (Pieśń duchowa 25,11).
Kochają nie słowem i językiem, ale czynem i prawdą (por. 1 J 3,18). Podejmują czyny miłości, nie odczuwając gratyfikacji w postaci przyjemności i samozadowolenia. Trwają na modlitwie nie dla smaku ani zysków, nie dla rozwiązania własnych problemów i pocieszania siebie. Ich celem jest pocieszanie Tego, który jest Samotny – koncentrują uwagę na Nim, patrząc na Niego ze spokojną miłością i odwzajemniając Jego miłujące spojrzenie, bo „patrzenie Boga jest kochaniem” (Pieśń duchowa 31,8). W spojrzeniach tych ludzi jest coś z boskiego spojrzenia. Bóg bowiem nie obserwuje człowieka – On na niego patrzy, a patrząc, kocha. Tak spojrzał na bogatego młodzieńca, który nie chciał pójść za Nim: „Jezus spojrzał z miłością na niego” (Mk 10,21); tak spojrzał na kobietę cudzołożną, nie oskarżając jej (por. J 8,1–11). Przyszedł nie po to, by potępiać, lecz by zbawiać (por. J 12,47), i pociesza po upadkach, a nie gnębi (por. Mdr 12,18–19). Modlitwa osób przechodzących duchowe noce traci charakter dyskursywny i staje się modlitwą prostego spojrzenia, ufności i oddania; jest to cecha modlitwy kontemplacyjnej.
Jezus sam stwierdził, że przyszedł „na ten świat, aby przeprowadzić sąd, żeby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi” (J 9,39). Błogosławieni są ci, którzy pozwalają się prowadzić prawdziwemu światłu: wierze, miłości i nadziei; którzy nie absolutyzują małych światełek ludzkiej doczesności – rozumu, planów, kalkulacji, analiz, przewidywań. Wszystkie one są jak światła zapalonych zapałek – gasną zbyt szybko i nie oświetlają ścieżek życia. Prawdziwe światło dane od Boga, niczym wschodzące słońce, oświetla znacznie więcej i pozwala dostrzegać dalej: za przepaścią śmierci – brzeg życia, za doliną smutku – pastwiska radości. I chociaż ci Boży „ślepcy” nie są w oczach świata poważani z powodu swej pokornej ufności, prostoty i łagodności, które są w nich odblaskiem piękna Boga, to właśnie oni stają się najlepszymi przewodnikami dla „widzącego” świata ludzi mocnych i pochłoniętych ambicjami. W tych Bożych ślepcach kryje się nadzieja dla współczesnego człowieka, gdyż uczą patrzeć na Boga, człowieka i świat w prawdzie nieskażonej mentalnością cieni.
Przypisy
[1] Cytaty z pism św. Jana od Krzyża podajemy za: Jan od Krzyża, Dzieła, Kraków 2014, wyd. 7.
[2] Por. Św. Teresa od Jezusa, Twierdza wewnętrzna I, 2, Kraków 2006.
[3] Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Rękopisy autobiograficzne. Nowe tłumaczenie z komentarzami wydania krytycznego, Kraków 2017, Rękopis C 7v.

