Zatargi z narodem żydowskim

Z kroniki parafii ołpińskiej
Życie Duchowe • LATO 63/2010
Dział • Temat numeru
Fot. Józef Augustyn SJ

Wprowadzenie

Niniejszy szkic jest wstępem do fragmentu kroniki parafii ołpińskiej w diecezji tarnowskiej, który publikujemy na łamach "Życia Duchowego" pt. Zatargi z narodem żydowskim. Ks. Marcin Nikodem (1869-1929), parafialny kronikarz, opisuje w nim "konflikt" miejscowych chłopów z Żydami, jaki miał miejsce pod koniec XIX wieku. Wpisuje się on w niepokoje społeczne Galicji końca XIX wieku, które doprowadziły między innymi do licznych wystąpień antyżydowskich. Galicyjskie rozruchy to fragment wielkich ogólnoeuropejskich rewolucyjnych napięć, które doprowadziły do rewolucji 1905 roku, a następnie do tragicznych wydarzeń pierwszej wojny światowej i rewolucji październikowej. Demon wojny i zbrodni krążył nad dziewiętnastowieczną Europą, skoro w spokojnej podkarpackiej wsi przypadkowa osoba wywołała zamieszki mogące doprowadzić do pogromu.

Przytoczony opis wiejskiego zatargu chłopów z Żydami obrazuje też, jak łatwo można było wzbudzić w Europie Środkowej, w katolickim społeczeństwie, agresję przeciw Żydom, która nierzadko - co wielokrotnie udowodniła historia - kończyła się zbrodnią. Użyty przez kronikarza termin "zatargi" nie oddaje całej prawdy o ołpińskich wydarzeniach z 1898 roku. Jak zobaczymy, był to raczej gwałtowny wybuch chłopskiej niechęci, by nie powiedzieć nienawiści, do miejscowych Żydów, sprowokowany przez przyjezdnego prowodyra.

 

1. Do spokojnej podkarpackiej wsi Ołpiny, z wielkimi tradycjami religijnymi - parafia powstała tutaj już w pierwszej połowie XIV wieku - 14 czerwca 1898 roku przyjechał "mąciciel" nazwiskiem Jan Byk, "podobno z Czeluśnicy", pobliskiej miejscowości. Powołując się na rzekomy nakaz austriackiego cesarza, podburzył nieświadomych politycznie chłopów do wszczęcia napaści na Żydów, która - zdaniem Byka - miałaby pomścić śmierć Rudolfa, następcy tronu, i Elżbiety, małżonki cesarza, zamordowanych rok wcześniej w Genewie. Pomimo interwencji dwu miejscowych księży - proboszcza Augustyna Machowicza oraz wikarego Marcina Nikodema, autora kroniki - prowokator odniósł sukces. Napięcie między chłopami a Żydami utrzymywało się we wsi przez kilka tygodni.

Kronikarz opisuje z jednej strony Żydów, którzy - mając zaufanie do katolickich księży - wiozą na plebanię swoje kosztowności, by uchronić je przed chłopską grabieżą, z drugiej zaś chłopów gromadzących się w centrum wsi z workami na łup, czekających na sygnał, by dokonać porachunków z Żydami. Wobec realnego niebezpieczeństwa wybuchu pogromu interweniowało austriackie wojsko, które ponad miesiąc stacjonowało w Ołpinach, aż w końcu ostygły chłopskie i żydowskie emocje.

Rodzi się pytanie, dlaczego chłopi podkarpackiej wsi tak łatwo zbuntowali się przeciwko Żydom, i to w tak krótkim czasie, dając posłuch przypadkowemu prowokatorowi z innej wsi tego samego jasielskiego powiatu? Najprawdopodobniej tłem tych wydarzeń był wyzysk gospodarczy i ekonomiczny. "Ileż to ludzi stało się ofiarami lichwy i oszukańczych manipulacji żydowskich?" - pyta kronikarz jakby dla uzasadnienia chłopskiego gniewu. Poczucie krzywdy, które tkwiło gdzieś głęboko w duszy podkarpackiego chłopa, można było łatwo wywołać. Świadczą o tym także chłopskie bunty przeciwko szlachcie z 1846 roku, na tych terenach - w powiecie jasielskim, gorlickim i tarnowskim - wyjątkowo krwawe. W Ołpinach pamiętano dobrze chłopski atak na dwór Rogowskich w sąsiednich Olszynach.

Żyd dla chłopa nie był "swoim", "rodakiem", ale "obcym", "innowiercą", od którego oddzielało go niemal wszystko: narodowość, religia, obyczaje, mowa. Opisane w parafialnej kronice "zatargi z narodem żydowskim" doskonale obrazują, jak powikłane ekonomicznie, społecznie, narodowościowo, a także religijnie były stosunki pomiędzy rdzennymi mieszkańcami galicyjskiej wsi - chłopami, którzy czuli się tu gospodarzami, a ciągle zmieniającymi się przybyszami "innej wiary", o wiele bardziej zaradnymi gospodarczo, z którymi niewykształcony, a często i niepiśmienny chłop - zmuszany do pańszczyźnianej uległości przez całe wieki - nie był w stanie w żaden sposób konkurować. Nienawiść chłopów do lichwiarzy i spekulantów żydowskich nierzadko przenoszono na wszystkich Żydów, także tych ubogich, którzy - jak sami chłopi - byli nieraz wykorzystywani przez bogatych pobratymców. Chłopi wchodzili co prawda w interesy z Żydami - handlowali z nimi, zadłużali się u nich, pili w karczmach, ich własnych lub dzierżawionych. Im częściej jednak to robili, tym bardziej czuli się przez nich wykorzystywani i oszukiwani. Z pewnością zbyt często.

 

2. Gmina żydowska w Ołpinach została założona najprawdopodobniej w XVI wieku. Rozwijała się bardzo prężnie. "W 1835 roku na terenie miejscowej parafii rzymskokatolickiej mieszkało 199 Żydów. W 1870 roku istniała już gmina żydowska licząca 477 osób, która posiadała synagogę i cmentarz, a także miała swojego rabina i stowarzyszenia charytatywne. [...] W 1900 roku do gminy izraelickiej należało 512 Żydów" (A. Potocki, Żydzi w Podkarpackiem), co stanowiło niemal 15 procent ludności wsi. Jeden z autorów opisujących Ołpiny w 1886 roku zanotował: "Wielka ilość Żydów i targi odbywające się co drugi czwartek, nadają wsi pozór miasteczka". Zdzisław Gogola, historyk, który od lat zajmuje się historią Ołpin (Z. Gogola, Ołpiny. Wieś i parafia), stwierdza, że stosunek katolików ołpińskich do Żydów bywał zróżnicowany, na ogół jednak życzliwy. Chłopi zdawali sobie sprawę z korzyści, jakie dawała im aktywna społeczność żydowska. Żydzi prowadzili we wsi sklepy, karczmę, byli pośrednikami handlowymi, przynosili wieści ze świata. W interesach wykazywali się sprytem i często oskarżano ich o wykorzystywanie trudnej sytuacji materialnej chłopów czy oszukiwanie ich.

W latach międzywojennych ołpińska gmina żydowska znacznie podupadła. W 1921 roku mieszkało w Ołpinach 185 Żydów na ogólną liczbę 2674 mieszkańców. W 1939 roku było już ich tylko 170. Po decyzji nazistów o "ostatecznym rozwiązaniu" kwestii żydowskiej, Endlösung, podjętej na początku 1942 roku, przystąpiono w całej okupowanej Polsce do masowych mordów na ludności żydowskiej. W schematyzmie diecezji tarnowskiej z 1941 roku brakuje informacji o liczbie Żydów w parafii Ołpiny, choć jeszcze w tym czasie tam mieszkali. Adam Bartosz w książce Tarnowskie judaica podaje, że hitlerowcy stworzyli w Ołpinach lokalne getto. Jednak - jak pisze Zdzisław Gogola - Holokaust ołpińskich Żydów nie jest do końca zbadany.

Andrzej Potocki w książce Żydzi w Podkarpackiem pisze: "W lecie 1942 roku hitlerowcy przesiedlili miejscowych Żydów do getta w Gorlicach. Część z nich zginęła w Gorlicach i Stróżówce, część trafiła do obozu zagłady w Bełżcu. W pobliskiej Żurowej jesienią 1943 roku hitlerowcy rozstrzelali koło cmentarza pięciu Żydów, podobno pochodzących z Dynowa, zaś pod Skałą na Borówce - dziewięciu Żydów; natomiast w Swoszowej w 1942 roku rozstrzelano sześciu Żydów i pomagającego im Polaka". Adam Bartosz zaś, w cytowanej powyżej książce, twierdzi, że część Żydów ołpińskich mogła zostać w roku 1942 przesiedlona do getta w Rzepienniku Strzyżewskim i tam wraz z innymi rozstrzelana 11 sierpnia w pobliskim lesie Dąbry. Żydowski Instytut Historyczny przechowuje opis egzekucji w Rzepienniku Strzyżewskim, sporządzony w 1987 roku przez Mariannę Kiesler: "Jeden [Niemiec] tylko strzelał. Trwało to do wieczora. Reszta zebranych czekała na łące przy wąwozie, gdzie musieli się rozbierać. Po dziesięć osób rozebranych, dwieście metrów przez krzaki musieli iść do ławki, siadać, tam ich strzelano po kolei. Chłopak ich wrzucał do dołu, przysypywał wapnem. Na koniec zostało jeszcze dziecko, wzięli je za nogi, trzasnęli o ławkę i rzucili do mogiły". Spośród kilkuset Żydów z getta w Rzepienniku Strzyżewskim Holocaust przeżyło jedynie kilka osób, dzięki ofiarnej pomocy okolicznych chłopów.

Po Żydach we wsi Ołpiny pozostała synagoga, prosta parterowa budowla na planie prostokąta, powstała po pierwszej wojnie światowej. Zdewastowana przez hitlerowców, tuż po drugiej wojnie światowej została przekształcona przez władzę ludową na warsztat naprawy maszyn rolniczych. Dziś zamknięta i opuszczona stoi w centrum wsi. W odległości półtora kilometra na południe od niej znajduje się, założony w XIX wieku, cmentarz o powierzchni 20 arów. Obejmował on także kwaterę żołnierską z okresu pierwszej wojny światowej, sześć grobów, w których pochowano żołnierzy żydowskich poległych w Ołpinach w czasie walk w bitwie pod Gorlicami. Nagrobki, wykonane z piaskowca, ozdobione były Gwiazdą Dawida. Cmentarz jest obecnie nieużytkiem: z ziemi wystają resztki płyt nagrobnych - macew, a cały teren porastają krzewy i młode drzewa.

 

3. Ks. Marcin Nikodem - autor kroniki, wikary ołpiński w latach 1896-1902, a następnie dożywotni proboszcz - był wybitnym działaczem społecznym, cenionym kaznodzieją, dziekanem dekanatu bieckiego oraz budowniczym nowego kościoła parafialnego, kiedy w czasie bitwy pod Gorlicami w 1915 roku zniszczeniu uległa ołpińska zabytkowa świątynia z XVI wieku.

"Zatargi z narodem żydowskim" ołpińskich chłopów ks. Nikodem opisał bardzo rzetelnie, nie bacząc na fakt, iż nie świadczyły one najlepiej o jego parafianach. Nie obawiał się też mówić otwarcie o nieposłuszeństwie czy wręcz buncie swoich owieczek wobec pasterza i braku szacunku ołpińskich chłopów do duchownych. Kronikarz relacjonuje całe zajście w sposób wyważony, nie oskarżając żadnej ze stron. Nie przyznaje bezkrytycznie racji ani chłopom, których jest duszpasterzem, ani Żydom, narodowi o innej religii. W podsumowaniu podkreśla, że z jednej strony należy bronić życia i mienia Żydów przed agresją chłopów, z drugiej zaś trzeba "pomyśleć o obronie katolików przed wyzyskiem żydowskim". Niewątpliwie wielką zasługą dwu ołpińskich księży - ks. Augustyna Machowicza i ks. Marcina Nikodema - jest powstrzymanie we wsi chłopskiej grabieży na Żydach, a może nawet przelewu krwi.

Józef Augustyn SJ

 

Czerwiec 1898 roku

Z początkiem czerwca 1898 roku ktoś niebacznie, a może złośliwie, rzucił hasło, że Cesarz, aby pomścić śmierć Rudolfa, następcy tronu, i swojej małżonki cesarzowej Elżbiety, którą 9 września 1897 roku zabił skrytobójczym sposobem anarchista w Genewie - wydał rozkaz, aby rabować Żydów za to, że oni byli rzekomo sprawcami śmierci obydwojga członków rodziny panującej: arcyksięcia Rudolfa i cesarzowej Elżbiety, pani nadzwyczaj popularnej i miłosiernej. Hasło rzucone nie poszło w las. Znalazło posłuch u ludu nie zastanawiającego się głębiej, czy taki rozkaz względnie prawo, a choćby tylko zezwolenie mógł wydać monarcha i jakie następstwa może pociągnąć za sobą gwałt nawet na ludności żydowskiej dokonany.

Cała zachodnia część Galicji od granicy śląskiej aż po Wisłok podjęła to hasło i w niektórych powiatach z okrzykiem "hura na Żydów" rzuciła się na mienie żydowskie, turbując przy tym właścicieli. Do Ołpin przyniósł to hasło niejaki Jan Byk, podobno z Czeluśnicy. Było to 14 czerwca 1898 roku. Przybył on do obcinania rowów przy gościńcu prowadzącym z Siepietnicy do Tuchowa. Skończywszy robotę, usiadł koło szkoły i korzystając, że masy ludzi idzie wszystkimi drogami do kościoła, aby brać udział w nieszporach odprawiających się o godzinie szóstej wieczorem z okazji oktawy Bożego Ciała, wyjął jakieś pismo i pokazując je z daleka ludziom, czytał. To pismo cesarskie, mówił. W nim pozwala (czy nakazuje) Najjaśniejszy Pan rabować Żydów, bo oni zabili mu arcyksięcia Rudolfa i cesarzową Elżbietę. Lud na takie dictum gromadził się coraz liczniej koło herolda nakazującego zemstę, zaciskał pięści i wygrażał w stronę rynku, mając osobiste z Żydami porachunki. Iluż to bowiem przecież ludzi stało się ofiarą lichwy i oszukańczych manipulacji żydowskich?

Na czas dowiedzieli się o tym Żydzi ołpińscy i już wiedzieli, gdzie można znaleźć ochronę. Wprost do proboszcza udała się delegacja Żydów z Menaszem Korofeldem propinatorem na czele i tam nisko się kłaniając i przedstawiając swoją sprawę, prosiła o ratunek, dodając: jeżeli nas ksiądz proboszcz nie obroni, tośmy przepadli. Ani ksiądz proboszcz, ani ksiądz wikary o tej uchwale przeciw Żydom nie słyszeli. Wprawdzie dzienniki donosiły, że w Kołaczycach, Libuszy i w kilku miejscowościach przyszło do jakichś bójek między Żydami a katolikami, ale podane powody - że na przykład w Kołaczycach chodziło o zanieczyszczenie studni obok kościoła przez Żydów, a w Libuszy znowu o wykrycie jakiegoś oszustwa popełnionego przez Żydów na katoliku - wykluczały nawet podejrzenia, żeby miała być to jakaś zorganizowana masowa nagonka.

Ksiądz wikary odprawiał nabożeństwo jak zwykle przy pełnym kościele ludzi, a ksiądz proboszcz więcej poruszony ciekawością niż prośbą Żydów poszedł oglądać, co się dzieje, czy Żydzi nie dostali przypadkowo jakiegoś szaleństwa. Gdy jednak poszedł ku szkole, przekonał się, że siedzi rzeczywiście człowiek obcy, obok niego Jakub Gogola, pisarz gminny z Olszyn, i wielu innych zasłuchanych w słowa agitatora i potrząsających głową na znak przyzwolenia, że się to Żydom za ich sprawki dawno należało. Posłuchał przez chwilę wywodów Jana Byka i zapytał: "Jeżeli jesteś katolik, to czy wiesz, jakie jest siódme przykazanie Boże i czego zakazuje?". Na to odezwał się Jan Byk: "Kościół ma władzę w kościele, a nie tutaj. Tu kazał cesarz. Tu Kościół nie ma głosu. Pójdźmy do karczmy, to wam pokażę pismo cesarskie". Cała hurma ludzi poszła do karczmy, a na czele Jan Byk. Poszedł za nimi i ksiądz proboszcz. A na to odzywa się Jan Byk: "Ksiądz niech pilnuje kościoła". Za nim wołał też Jakub Gogola: "Ksiądz w karczmie? Przecież sam zakazuje parafianom chodzić do karczmy, dlaczego sam tu idzie?". Ksiądz proboszcz już przyzwyczajony na takie odezwania się parafian, zawołał gromkim głosem do niecnego agitatora: "Pokaż kłamco pismo, czy ono cesarskie! Pan Bóg zakazuje kraść rabować choćby i Żydów, a co Bóg zabrania, na to nie może pozwolić nawet i cesarz!".

Po tych słowach wyszedł i zadyszany zmierzał w stronę plebanii. Gdy przechodził koło wikarówki, dołączył się do niego ks. Nikodem, wikary, i obaj szli w milczeniu do plebanii. Tam dopiero odsapnąwszy, ksiądz proboszcz z boleścią opowiadał, co go spotkało od parafian i jak ktoś potrafił obałamucić ludzi katolików. Ksiądz wikary nie brał tego tak tragicznie, myśląc, że to żart. Jak można było nawet przypuścić, aby lud z końcem XIX wieku był jeszcze tak ciemny i wierzył pierwszemu lepszemu wichrzycielowi, a kapłana, który blisko trzydzieści lat nad nim pracował, tak lekceważył, albo i to, że potrafi uwierzyć, jakoby cesarz miał władzę zmieniać Boże prawo.

Wtem odzywa się trąbka ochotniczej straży ogniowej. Mimowoli każdy spogląda w okno, gdzie pożar. Pożaru nie widać, a trąbka wygrywać nie przestaje. Więc ksiądz wikary, nie dokończywszy wieczerzy, wychodzi pośpiesznie z plebanii, aby się przekonać, co się dzieje. Dlaczego trąbią. W bramce obejścia plebańskiego spotyka furę z kuframi i zdążających obok nich Żydów. Toheman Korufeld, Benjamin Zinger i inni Żydzi ołpińscy swoje srebra i inne precjoza niosą do spichlerza plebańskiego w nadziei, że pod strażą oka proboszczowskiego potrafią to uratować od grabieży. Obok wikarówki stoi gromadka parafian różnego wieku i płci - a każdy trzyma worek. Na pytanie, dlaczego są, odpowiadają tajemniczym uśmiechem. Gdy się nic pewnego ksiądz wikary nie dowiedział, idzie dalej ku rynkowi. Tutaj przed rynkiem stoi już daleko więcej ludzi również z workami. A na rynku zgromadzili się Żydzi także różnego wieku i płci. Zdaje się, że wszyscy wyszli z domów i zajęli stanowisko na świeżym powietrzu. W rękach niektórych noże, w innych motyki, a w innych pogrzebacze od pieców, a w środku między nimi stoi jak Juda Machabeusz - rzeźnik Neftali Zinger z nożem rzeźnickim w ręku (pijany, co mu się często przytrafiało). Krzyczy najpierw po żydowsku, a potem po polsku: "Nie bójcie się. Albo ich śmierć, albo nasza".

Po bokach rynku pod cieniami przechadzają się dwaj Solarze Jan i Wojciech, chłopy rosłe i silne jak dęby. Jest jeszcze kilku innych, jak Ignacy Sroka, Adam Augustyn. Ksiądz wikary przystąpił do jednego z nich i zapytał: "Co znaczy to zbiegowisko ludzi i to uzbrojenie?". Na to otrzymał odpowiedź potwierdzającą opowiadanie na plebanii o zorganizowanej ruchawce przeciwko Żydom. "A my - ciągnął uzbrojony w strzelbę - otrzymaliśmy polecenie od p. Kazimierza Machowicza (notariusza), aby się uzbroić i…". "Jak to będziecie strzelać do ludzi?" - zapytał piszący. "To nie… - odpowiedział - gdy będziemy widzieć wielką nawałę, to się skryjemy…".

Potem poszedł piszący ku drugiej stronie rynku, gdzie stała ochotnicza straż ogniowa. Każdy strażak trzymał swój toporek przed piersiami, jakby gotów do ataku, a komendant straży z wyciągniętą szpadą. Piszący zapytał komendanta, co to wszystko znaczy. Otrzymał odpowiedź podobną, jak od strzelca, z tą tylko różnicą, że strażacy już mieli upatrzone miejsce (pod mostem) ukrycia się, gdyby nastąpiła nawała. Wtem, gdy toczy się rozmowa, dolatuje uszu krzyk od strony cmentarza: "Hura na Żydów!". Piszący poszedł w tę stronę. Za szkołą, na drodze prowadzącej do cmentarza, zebrała się masa ludzi, po większej części młodych chłopaków z Podlesia i Binarowy. Droga do Szerzyn była też zabita ludźmi. Gdyby jakiś Żyd chciał ujść z oblężenia, nie zdołałby nigdzie się przemknąć niedostrzeżony. Każdy kawałek ziemi był zajęty przez ludzi, a Żydzi stali uzbrojeni na rynku.

Piszący wszedł więc między ludzi i przypomniał im przykazanie Boże piąte i siódme. Chodził tak długo aż do nocy i wszędzie starał się uspokoić umysły wzburzone i podniecone. Lecz to z tej, to z owej strony ktoś nowy przyszedłszy, krzyknął: "Hura na Żydów". Tak piszący chodził i uspokajał aż do godziny drugiej w nocy. Czując potem dreszcz i ból gardła, poszedł na wikarówkę, położył się, ale usnąć nie mógł już do rana. Około godziny czwartej rano, gdy już dzień dobrze zaświtał, słyszał piszący trzask podobny do uderzenia w bęben. To rzeczywiście przyszła kompania wojska pod wodza kpt. Stasiorskiego i pod komendą komisarza politycznego Bronisława Szostkiewicza, szkolnego inspektora okręgowego. Kto, jak mógł, uciekał z tłumu w różnych kierunkach. Pozostało około trzydziestu, których otoczyło wojsko, zaprowadziło do aresztów gminnych i po napisaniu protokołu wypuszczono na wolność. Tak skończyła się akcja przeciw Żydom w Ołpinach. Ludzie byli rzeczywiście obałamuceni, ale mieli dosyć czasu, aby rzucić się na mienie czy życie Żydów. Jeśli tego nie czynili, to skutkował głos kapłana.

W Ołpinach stało wojsko aż do 16 lipca 1898 roku. W ten dzień opuściło Ołpiny, albowiem przekonał się pan komendant polityczny i pan Kapitan, że żadnemu Żydowi włos z głowy i brody nie spadnie z woli ołpiniaków. Dla miejscowego duchowieństwa otwarło się nowe pole pracy, bo okazały się nowe niedomagania ludu i nowe jego potrzeby. Po pierwsze, trzeba było stanowczo wytłumaczyć, że mienia i życia nie wolno odbierać Żydowi, a po drugie - potrzeba było pomyśleć o obronie katolików przed wyzyskiem żydowskim.