Afryka - zraniony kontynent

Z Lusala lu ne Nkuka Luka, afrykańskim jezuitą studiującym na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim, rozmawia Józef Augustyn SJ
Życie Duchowe • ZIMA 49/2007
Dział • Rozmowy duchowe
Fot. David Berkowitz / Foter / CC

Chciałbym, by nasi czytelnicy zobaczyli Afrykę oczyma Afrykanina. Media w Europie mało mówią o Afryce. Dlaczego?

Na to pytanie winny raczej odpowiedzieć media europejskie. Ze swej strony nie widzę w tym a priori niczego złego. Media europejskie dają pierwszeństwo wydarzeniom mającym miejsce w Europie. To dzięki nim Europejczycy otrzymują wiadomości dotyczące ich bezpośrednio i dotykające ich codziennego życia.

W ostatnich jednak latach o Afryce mówi się za każdym razem, kiedy do wybrzeży Europy, na przykład Włoch czy Hiszpanii, docierają afrykańscy uchodźcy. O Afryce mówi się także w związku z wojnami, które obejmują praktycznie cały kontynent, powodując masowe migracje. Kiedy w związku z tymi wydarzeniami organizacje humanitarne alarmują ONZ oraz rządy krajów europejskich, sprawa Afryki staje się głośna. Tak było w przypadku Angoli, Rwandy, Burundi, Somali, Liberii, obydwu Kong, Czadu i Sudanu. Mówi się także o chorobach gnębiących Afrykę, jak AIDS. To od strony negatywnej. Natomiast pozytywnie o Afryce mówi się na przykład przy okazji ropy naftowej, którą Afryka w dużej części zaspokaja potrzeby światowych rynków.

 

Brak jasnych i precyzyjnych informacji rodzi uprzedzenia. Czytając książki europejskich autorów o Afryce, z jakimi uprzedzeniami można się w nich spotkać?

Obraz Afryki w literaturze europejskiej bardzo się zmienił w ciągu stuleci. Pierwszymi Europejczykami, którzy weszli w trwały i owocny kontakt z Afrykanami, byli chyba Grecy i oni na ogół mieli raczej pozytywny obraz Afryki i jej rdzennych mieszkańców. Chociażby Herodot, nazywany przez Cycerona "ojcem historii", który w drugiej księdze Dziejów, poświęconej całkowicie Egiptowi, pisał, że Egipcjanie są najbardziej religijnymi, najmądrzejszymi i najbardziej wykształconymi ze wszystkich ludzi. Zaś w księdze trzeciej twierdził, że Etiopczycy, protoplaści dzisiejszych Sudańczyków, są najwyżsi wzrostem i najbardziej urodziwi ze wszystkich ludzi! Platon w Fajdrosie mówił, wkładając swe słowa w usta Sokratesa, że egipski bóg Thot wynalazł pismo i naukę o liczbach. Z kolei Diodor z Sycylii w trzeciej księdze Biblioteki historycznej twierdził, że Murzyni są pierwszymi ludźmi, którzy nauczyli się oddawać kult bogom. To samo w dziele O bogini Syrii pisał Lucjusz o Egipcjanach. Spośród Rzymian Tacyt uważał, że matematycy przyszli z Egiptu. Ta jednomyślność na temat Afryki przetrwała do wieku XV, do czasów, kiedy Europa zaczęła potrzebować afrykańskiej siły roboczej w kolonizacji Ameryki. Wtedy to pojawiły się pisma mówiące o przekleństwie ciążącym na czarnych, pochodzących od biblijnego Chama.

Począwszy od Hegla Afryka zaczęła być przedstawiana tak źle, jak nigdy przedtem. To wszystko, co o Czarnym Lądzie mówiono negatywnie przed Heglem, było jedynie preludium. Pod silnym wpływem jego filozofii znalazły się zarówno egiptologia, jak i etnologia. We wstępie do Wykładów o filozofii dziejów Hegel napisał między innymi, że Egipt nie ma w sobie nic afrykańskiego i że Afryka nie jest częścią jego historii. Ten zniekształcony obraz Afryki niestety nadal funkcjonuje w europejskiej nauce, która nie widzi związków między dzisiejszymi Egipcjanami a czarnoskórymi. To jednak jest pseudonauka, intelektualna arogancja, a nawet - powiedziałbym - rasizm, jak podkreślają w swoich dziełach kongijski egiptolog Teofil Obenga i amerykański filozof pochodzenia afrykańskiego Molefi Kete Asante.

 

Jak dzisiaj ocenia się w Afryce okres kolonizacji?

Jeśli wyjdę od tego, co sam czuję, co słyszę wokół siebie i co czytam, to Afrykanie mają bardzo złe zdanie na temat kolonizacji, choć niekoniecznie to ujawniają. Bez wątpienia dzieje się tak dlatego, ponieważ nie chcą zrażać do siebie Europejczyków. Ogólnie jednak rzecz biorąc, uważają ich za źródło wszystkich swoich nieszczęść. Dopiero lektura tego, co się naprawdę wydarzyło, pozwala takie podejście zrozumieć. Chaos, jaki Europejczycy wprowadzili do Afryki, tworząc nową mapę polityczną tego kontynentu, był rzeczywiście ogromny. Ludy, które nie należały do tych samych narodów, zostały skazane na życie razem i by się porozumieć, muszą używać języka kolonizatorów. To zresztą jest jeden z powodów wyjaśniających dzisiejszy niedorozwój Afryki.

Przywódcy afrykańscy, którzy próbowali stawiać opór europejskiej penetracji, byli skazywani na wygnanie, a ludność obarczano forsowną pracą. Tym, którzy się odważyli na sprzeciw, odcinano ręce, jak w Kongu Belgijskim za czasów króla Leopolda II. W takich krajach jak Kenia, Zimbabwe czy Afryka Południowa tubylców pozbawiano żyznej ziemi. W tych trzech krajach, o których prawie się nie mówi, przepaść między bogatymi a biednymi jest ogromna. Spuścizna po kolonizacji stanowi dziś bombę społeczną z opóźnionym zapłonem, która z pewnością eksploduje, jeśli nie znajdzie się rozwiązań zmniejszających zaistniałe różnice.

Liderzy ruchów religijnych o inspiracji chrześcijańskiej i afrykańskiej, którzy wzywali swoich zwolenników do nieposłuszeństwa, bywali okrutnie traktowani. Wspomnę tylko Ndonę Béatricę Vitę, którą żywcem spalono na stosie, i Simona Kimbandgu, który zmarł w więzieniu po trzydziestu latach odbywania kary. Wszystko to pozostawia w sercach ludzi oczywiście głębokie, negatywne ślady.

Także szkoły, nawet te prowadzone przez misjonarzy, były miejscami ujarzmiania afrykańskich społeczności. Znakomicie ukazał to beniński teolog Julien Penoukou w artykule Czarni intelektualiści. Dziś intelektualista afrykański jest człowiekiem najbardziej wyobcowanym z afrykanizmu. Afrykanin im więcej studiuje, tym bardziej oddala się od rodzimej kultury.

Ratunkiem dla Afryki, jak to słusznie podkreślają senegalski egiptolog Cheikh Anta Diop i kameruński historyk Engelbert Mveng SJ, może być odrodzenie kulturowe, powracające do źródeł egipskich i pozwalające zrekonstruować to, co Europa psuła przez pięć wieków swojej tyranii. To zobowiązuje Afrykanów do kultywowania szacunku dla samych siebie, poszanowania własnych tradycji i ducha patriotycznego. Tego wszystkiego brak dziś, żeby posłużyć się słowami afrykańskiego filozofa i teologa, Amerykanina Cornela Westa.

 

Czy więc kolonizatorzy nie wnieśli niczego dobrego?

Można by oczekiwać, że jako dziedzictwo kolonizacji wymienię chrześcijaństwo, ale to nie byłoby całkowicie ścisłe. Przede wszystkim dlatego, że Ewangelię do Afryki przyniósł św. Marek w czasach apostolskich. Nie trzeba tu nawet wspominać epizodu o chrzcie etiopskiego eunucha, co w aspekcie symbolicznym jest dosyć sugestywne. Jakkolwiek rzecz by się miała, chrześcijaństwo w Afryce, by wymienić tylko Egipt i Etiopię, jest tak samo stare jak w Europie. Afryka Północna i Sudan szczyciły się kwitnącymi kościołami, zniszczonymi niestety wraz z przybyciem na te tereny muzułmanów. W przypadku południowej części kontynentu, na przykład królestwa Konga, chrześcijaństwo pojawiło się z końcem XV wieku, przed handlem czarnymi, a nawet przed kolonizacją. Region ten z trudem ewangelizowali kapłani diecezjalni i zakonnicy, między innymi franciszkanie, kapucyni i jezuici.

Prawdą jest jednak, że kolonizacja wywarła pewien wpływ na misje w Afryce. Najpierw dlatego, że kolonizatorzy bardzo szybko chcieli mieć na kontrolowanym przez siebie terytorium misjonarzy pochodzących z tego samego kraju, co oni. Dlatego na przykład duchownych francuskich, pracujących w królestwie Konga, poproszono o opuszczenie tej części państwa, która przeszła w ręce Belgów, i udania się tam, gdzie byli Francuzi. Prawdziwa jednak współpraca między misjami a kolonizacją rozpoczęła się po roku 1885. Misje miały się zająć kształceniem młodych Afrykanów głównie po to, by zrobić z nich pomocników kolonizatorów. W zamian za to placówki misyjne otrzymywały od władz świeckich teren i pomoc techniczną do budowy kościołów, szpitali i oczywiście szkół. Jednakże misjonarze nie zawsze pochodzili z tych samych krajów, co kolonizatorzy. Polska na przykład, która nie miała kolonii w Afryce, wysyłała jednak swoich misjonarzy do Zambii - na terytorium angielskie i na Madagaskar - terytorium francuskie.

Wracając do pytania, czy kolonizacja dla Afryki miała jakieś pozytywne skutki, odpowiem prosto: patrząc na obecny stan rzeczy - nie. Pytanie to zresztą jest we Francji na porządku dziennym. W jednym z dokumentów państwowych z 23 lutego 2005 roku uznano "pozytywną rolę zamorskiej obecności Francji". Urażeni Afrykanie, poparci przez francuską lewicę, zażądali odwołania tego artykułu. Prezydent Jacques Chirac nie oponował. Jest rzeczą oczywistą, że nie można żądać, by ludzie przeżywający wielki kryzys tożsamości, określany przez Engelberta Mvenga SJ mianem "antropologicznego ubóstwa" spowodowanego kolonizacją, oklaskiwali dzieło ekonomicznej grabieży, niszczenia przedkolonialnych struktur politycznych i czystki kulturowej, uważając je za dobrodziejstwo. W moim odczuciu ważne byłoby w tym kontekście powstanie na uniwersytetach afrykańskich centrów studiów czasów przedkolonialnych, kolonialnych i postkolonialnych. Pomogłoby to niewątpliwie w lepszej ocenie tego, co rzeczywiście w przeszłości wydarzyło się w Afryce.

 

Pomówmy o problemach Afryki. Często słyszy się o głodujących. Jak próbuje się rozwiązać ten problem?

Głód z powodu niekorzystnego klimatu dotyka regiony saharyjskie (Mali, Niger) i wschodnioafrykańskie (Etiopia, Kenia). Na tym obszarze deszcze są niezwykle rzadkie, kiedy zaś nadejdą, często bywają bardzo gwałtowne. Stąd zbiory w tych regionach są katastrofalnie niskie. Natomiast kraje będące pod tym względem w lepszej sytuacji i kraje o żyznej ziemi znajdują się, niestety, pod rządami skorumpowanych polityków, myślących tylko o prywatnym interesie. Ludność produkuje żywność, ale jest ona nieprawidłowo rozdzielana. Drugą przyczyną głodu w Afryce są szalejące tu wojny.

 

Rzeczywiście, mimo ubóstwa w Afryce prowadzi się tyle wojen. Dlaczego?

Ubóstwo jest konsekwencją niemal nieustannie trwających tu wojen. Rzeczywistym źródłem wojen jest z kolei tak naprawdę bogactwo. Gdy tylko jakiś kraj afrykański odkryje, że posiada surowce ważne dla przemysłów zachodnich, od razu powstają możliwości uwikłania się w konflikty zbrojne, które w ostatecznym rozrachunku przynoszą korzyść jedynie handlarzom broni. Wojna w Demokratycznej Republice Konga związana jest z kobaltem, surowcem bardzo poszukiwanym przez przemysł elektroniczny. W Sudanie w grę wchodzi ropa, w Angoli ropa i diamenty, podobnie w Liberii. Papież Benedykt XVI już na początku pontyfikatu, w czasie spotkania z duchowieństwem diecezji rzymskiej, potępił żądze podsycające w Afryce konflikty.

Przyczyną wojen jest również brak prawdziwej demokracji. Z jednej strony ma miejsce fałszowanie wyborów prezydenckich, przy współudziale dawnych krajów kolonizatorskich. Tak było w Togo, w Centralnej Afryce i w Czadzie, gdzie Francja narzuciła wyborcom swoje preferencje. Z drugiej strony, niektóre demokratycznie wybrane rządy zostały obalone z błogosławieństwem krajów zachodnich, szczególnie Francji. Myślę tu o obaleniu przed kilku laty prezydenta Republiki Konga Pascala Bissouba. To był początek wojny cywilnej bez precedensu w tym kraju. Jej ślady widoczne są na południu republiki do dziś. W diecezji Kinkala zniszczono na przykład domy, kościoły i klasztory, wsie zostały ograbione, a wiele kobiet zgwałconych.

Żeby Afryka mogła się wszechstronnie rozwijać, potrzebuje politycznego spokoju, a ludność bezpieczeństwa dla siebie i dla swojego mienia. Obecnie jednak taki rozwój jest niemożliwy. Ludność wiejska w Afryce utrzymuje się przede wszystkim z uprawy roli i hodowli na własny użytek. Z powodu wojen jest to oczywiście niemożliwe i nędza nieubłaganie obejmuje coraz szersze obszary.

 

Innym bardzo poważnym problemem w Afryce jest AIDS, szczególnie wśród młodych.

Wiele spustoszenia czyni też malaria, ale rzeczywiście AIDS jest ogromnym zagrożeniem dla Afryki. Dla powstrzymania tej plagi trzeba jak najszybciej ułatwić dostęp do środków antywirusowych i do tego wszystkiego, co może służyć ochronie osób zdrowych, następnie uregulować skuteczniej przez odpowiednie przepisy turystykę i wreszcie wychowywać ludzi w dyscyplinie, jeśli chodzi o zachowania w sferze seksualnej, oraz walczyć z ubóstwem. Nasze rządy winny podjąć wysiłek, by nad tym wszystkim czuwać.

 

Mimo wszystko Afryka jest kontynentem młodym. Odsetek młodzieży, która nie osiągnęła jeszcze wieku piętnastu lat, jest wysoki. To jest chyba jakaś nadzieja dla Afryki.

Nie znam statystyk, ale faktem jest, że Afrykanie bardzo lubią liczne rodziny, mają od pięciorga do dziesięciorga dzieci, a nawet więcej. Bliźniacy i ich rodzice są tu wprost uwielbiani. Mimo to trzeba stwierdzić, że Afryka nie jest kontynentem o gęstym zaludnieniu. Ma mniej niż miliard mieszkańców. Indie na przykład mają więcej mieszkańców niż cała Afryka. Wyludnienie Afryki to niewątpliwie skutek handlu niewolnikami. Brazylia jest przecież drugim po Nigerii krajem czarnych na świecie. Do przyczyn tego wyludnienia trzeba również zaliczyć dość wysoką śmiertelność, powodowaną brakiem należytego systemu opieki zdrowotnej i wojnami. Dlatego rzeczywiście afrykańska młodzież jest nadzieją na odrodzenie się tego kontynentu.

Trzeba jednak, by młodzi byli odpowiednio wprowadzani w życie. Ludzi, którzy będą w stanie wpłynąć na rozwój Afryki, nie wykształci ani rekrutacja przez przywódców wojennych, ani wyrzucanie ich na ulicę. Myślę tu naturalnie o dzieciach nazywanych powszechnie w Demokratycznej Republice Konga "dziećmi ulicy", które przez głód albo trudną sytuację rodzinną zmuszane są do przebywania dzień i noc na ulicy. Na szczęście istnieją organizacje, które tym dzieciom pomagają. W Kinszasie, w Zairze, jest na przykład Centrum Monseigneur Christophe Munzihirfa, utworzone przez jezuitę o. Nzuzi Bibaki, czy Educon, założone przez Niko Luketo, które zajmują się ich edukacją. W Nairobi opiekują się nimi bracia miłosierdzia Matki Teresy. W Demokratycznej Republice Konga są także kościelne ruchy młodzieżowe, jak Bilenge ya Mwinda ("Młodzi światła"), organizacja założona przez Monsiniora Matondo kwa Nzambi, gdzie młodzi ludzie odbywają formację inspirowaną tradycją afrykańską i chrześcijaństwem, tak jak Kizity i Anuarite oferujące nauczanie chrześcijańskie, oparte na przykładzie życia św. Kizito z Ugandy i bł. Anuarity z Konga. W Mozambiku jezuita o. Ezechiel Guembwe stworzył młodzieżowy ruch afrochrześcijański, porównywalny ze wspominanym Bilenge ya Mwinda z Demokratycznej Republiki Konga.

 

Także w Afryce Kościół się rozwija.

To są zjawiska idące z sobą w parze. Kiedy ma się dużo dzieci, to oczywiście jest i dużo chrztów. Do tego trzeba dołączyć religijność Afrykanów i głębię chrześcijańskiej duchowości. Bóg z miłości stał się człowiekiem, żeby wybawić ludzkość od kłamstwa, niesprawiedliwości, krótko mówiąc - od grzechu, w obecnym świecie i na przyszłość. Jest to piękne "małżeństwo" między Afryką a chrześcijaństwem, to "obopólna szansa", by użyć słów kongijskiego teologa Franciszka Kabasele.

 

W Afryce jest dużo powołań. Dziś kapłani afrykańscy przychodzą z pomocą Kościołowi w Europie.

Tak rzeczywiście jest. Wydaje się jednak, że przyjazdy afrykańskich kapłanów do Europy nie są dobrze zaplanowane, ponieważ jadą oni tam dla odbycia studiów albo z powodu jakichś innych racji, czasem bez zgody swoich biskupów. Tak przynajmniej się mówi. Jednakże sprawą najważniejszą jest to, by Afryka wzięła odpowiedzialność za Kościół u siebie. Bo seminaria w Afryce funkcjonują wyłącznie dzięki dobroczyńcom z krajów zachodnich. Biskupi powinni myśleć o zakładaniu fundacji, by te seminaria miały względną autonomię.

W Afryce istnieją diecezje odczuwające dotkliwy brak księży. Są też jednak diecezje, jak ta w Boma, w Demokratycznej Republice Konga, które wysyłają swoich kapłanów do pracy gdzie indziej. Jest w tym duch misjonarski, będący przecież sercem chrześcijaństwa, i powinien on być wspierany i umacniany przez afrykańskich biskupów. Nie wiem jednak, czy jest to przedmiotem ich działalności. Jakkolwiek by było, trzeba z uznaniem powitać pozytywne w tym względzie wysiłki, jak tworzenie uniwersytetów w skali całego kontynentu czy wydawanie czasopism, takich jak "Telema" w Demokratycznej Republice Konga i "AFER" w Kenii, które gwarantują ciągłą formację duszpasterzy.

 

Dziś nie ma przyszłości bez edukacji. Czy młodzi Afrykanie chcą studiować?

Pęd do studiowania stanowi rzeczywiście część afrykańskiej tradycji. Afrykę często określa się jako kontynent przekazu ustnego. To jednak nie oznacza analfabetyzmu. Tradycyjne wtajemniczanie, stopniowo wprowadzające młodych w znajomość obyczajów społeczeństwa, było zjawiskiem masowym, nie licząc wtajemniczania bardziej wyspecjalizowanego dla tych, którzy chcieli nauczyć się zawodu u określonego mistrza. Formacja bywała długa i złożona, trwała nieraz przez całe życie. By nakłonić młodych do nauki, egipski tekst z okresu Nowego Cesarstwa apeluje o unikanie tańców oraz przyjemności polowań i wędkowania, a zachęca do pisania w dzień, recytowania zaś w nocy. Dziś także, mimo ubóstwa i braku perspektyw, ludzie chcą się uczyć. Trzeba jednak podkreślić, że edukacja odziedziczona po kolonizacji zwraca Afrykanów zbytnio ku zagranicy, a programy szkolne nie są należycie przystosowane do przekazywania tradycji afrykańskich. W szkole naucza się rzeczy, które często z Afryką mają niewiele wspólnego.

 

Jest Ojciec młodym jezuitą studiującym problemy Afryki. Co Ojciec chciałby zrobić dla tego kontynentu?

Studiuję misjologię na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie i język egipski w Instytucie Biblijnym w tymże mieście. Moja teza doktorska bada możliwości religii afrykańskiej, jeśli chodzi o sposoby wyrażenia osoby Chrystusa. Mam jeszcze zamiar studiować religię afrykańską, zarówno z okresu przed-, jak i pofaraońskiego, a także dialog między chrześcijaństwem a religią afrykańską. Wszystkiego tego chcę później nauczać.

Nie zapominajmy, że Afryka, dziś kontynent głodujących i uchodźców, jest miejscem, które karmiło synów Izraela, gdy ci uciekali przed głodem w ziemi Kanaan; jest miejscem, które przyjęło Jezusa wraz z Jego rodziną, gdy musieli uchodzić przed prześladowaniem w Palestynie. Afryka jest także miejscem narodzin życia zakonnego. Papież Benedykt XVI w encyklice Deus Caritas est słusznie przypomina, że charytatywne instytucje Kościoła powstały po raz pierwszy w Egipcie.

Teza moja wpisuje się zatem w szereg poszukiwań zapoczątkowanych przez Engelberta Mvenga SJ. Ważne jest dla mnie uświadomienie Afrykanom wartości ich kultury i wagi tradycyjnej duchowości dla zrozumienia samego chrześcijaństwa. Chodzi jednak także o to, jak trafnie powiedział kameruński teolog Jean-Marc Ela, by Afrykanie po prostu pokochali swoją historię, swoje odziedziczone po przodkach tradycje, którymi niestety w czasach kolonizacji nauczyli się gardzić.

Na zakończenie chciałbym podziękować Polakom za czytelność ich wiary i zmysł demokracji. Jest to piękny przykład dla Afryki.